Andrzej Duda porzuca obóz dobrej zmiany? Już za późno na budowanie własnej pozycji. (Polska The Times)

7 maja 2018

W zeszłym miesiącu Prezydent Andrzej Duda postanowił zawetować ustawę degradacyjną. Po co zawetował ustawę o czysto symbolicznym znaczeniu? Dlaczego teraz, gdy obóz rządowy potrzebuje jedności i wsparcia bardziej niż kiedykolwiek? Wytłumaczenie tego gestu może być tylko jedno – to początek budowy własnej pozycji politycznej kosztem dotychczasowych towarzyszy. Duda porzuca obóz „dobrej zmiany”.

To totalne zaskoczenie bo trudno było spodziewać się po Andrzeju Dudzie politycznej samodzielności. Do tej pory oznaki niezależności pojawiły się z jego strony jedynie dwa razy. Raz, gdy zawetował ustawę o Regionalnych Izbach Rozrachunkowych. Drugi raz, przy wecie wobec ustaw sądowniczych. W pierwszym momencie weta ustaw sądowniczych wywołały wśród opozycji raczej popłoch niż euforię. Popularny był pogląd, że jest to „ustawka”, za pomocą której PiS może sięgnąć po umiarkowanych wyborców.

Wycofując się z najbardziej kontrowersyjnych zapisów ustawy buduje pozycję prezydenta jako niby niezależnego arbitra na politycznej scenie. Cieszący się ogromnym zaufaniem Andrzej Duda, gdyby faktycznie zagrał tę rolę, mógł liczyć na samodzielną pozycję i co więcej, na odegranie roli koncesjonowanej opozycji, zależnej od jedynego dysponenta władzy politycznej z ulicy Nowogrodzkiej.

Ten scenariusz okazał się całkowicie fałszywy. Ostateczny kształt przegłosowanych ustaw w żaden sposób nie zmienił istoty rzeczy i ich społecznego odbioru. Nie umocnił też pozycji Andrzeja Dudy jako niezależnego ośrodka politycznej władzy. Jedyny ich realny skutek to poszerzenie prerogatyw prezydenta kosztem konkurentów oraz umocnienie jego pozycji, ale nie wobec opinii publicznej, lecz wobec partyjnych struktur. Wydawało się, że prezydent może zagrać o realny udział w puli władzy. W praktyce zebrał blotki. Ale pozostał smak zwycięstwa i jak widać rosnący apetyt na przyszłość, bo Duda tę rozgrywkę wygrał. Miał mocne karty, silne zaplecze intelektualne w postaci Krzysztofa Łapińskiego. Wykazał konsekwencję, zdecydowanie i osiągnął swój cel.

Burza przeszła, emocje opadły i sytuacja wróciła do „normy”. Ostateczna wersja ustaw sądowniczych nie ma wiele wspólnego z praworządnością. Przedstawiciele rządzącej większości publicznie przyznawali, że są one niezgodne z konstytucją, lecz stanowią wynik politycznego kompromisu interesów pomiędzy partią a Kancelarią Prezydenta.

Weto ustawy degradacyjnej jest totalnym zaskoczeniem. Trudno bowiem przypuszczać, że stanowi element szerszej politycznej rozgrywki. Nie widać w tym ruchu konkretnych doraźnych interesów. Duda nie stawia warunków. Ciężko wskazać stawkę, o którą toczy się gra. Wydawało się, że nie ma nic prostszego niż eksploatacja antykomunistycznych resentymentów skutecznie obudzonych przez obóz „dobrej zmiany”. Degradacja komunistycznych generałów to przecież nic innego jak „wyraz sprawiedliwości dziejowej”, kontynuacja polityki historycznej, która nie tylko nie budziła to tej pory wątpliwości Andrzeja Dudy, ale wręcz przeciwnie, spotkała się z jego entuzjastycznym poparciem. Zapisy ustawy dotyczą ludzi najczęściej nieżyjących lub starszych, bez żadnego zaplecza politycznego. Trupy, jak wiadomo, bronią się kiepsko przed niekonstytucyjnymi zapisami, więc w czasach gdy impet rewolucji się wypalił, dociśnięcie wajchy z napisem „sprawiedliwość historyczna” i „patriotyzm” powinno przynieść zmęczonemu obozowi władzy choć jakąkolwiek ulgę, choć krótki moment wytchnienia.

Obóz rządzący stracił bowiem impet. Pakiet socjalny wyczerpał swą atrakcyjność. Polityka historyczna zakończyła się w klęskę. Kult religii smoleńskiej wraz z jego naczelnym kapłanem w postaci Antoniego Macierewicza stał się na tyle uciążliwy, że zapadła decyzja o jego „wygaszaniu”. Mateusz Morawiecki zamiast poprowadzić PiS do centrum wyprowadza ją notorycznie na manowce. Na domiar złego, „nam się należy” ugodziło w samo jądro władzy bo w jej budowaną od lat legitymizację. Partia nie tylko traci słuszność swoich rządów ale przede wszystkim siłę. Kaczyński nieumiejętnie próbując radzić sobie z kryzysem wyraźnie osłabł. Prowokuje personalne ataki. I gdy wydawało się, że nie może być gorzej cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. Duda wprowadził wyborców prawicy w totalne zagubienie i chaos. Jednym ruchem zburzył prostą manichejską dychotomię pomiędzy prawicowym ideałem dobra a postkomunistycznym złem. Przy czym to pierwsze odnosi się do obozu Jarosława Kaczyńskiego (kto nie z nami, ten przeciw nam) to drugie do wszystkich pozostałych. To propaganda prawicy z mozołem budowała karkołomny związek pomiędzy komunistami i ich następcami a politykami opozycji od PO poczynając, przez Nowoczesną, na KODzie kończąc. „Cała Polska z was się śmieje komuniści i złodzieje”. Obóz „dobrej zmiany” wypowiada zdradzieckim postkomunistycznym elitom wojnę i nie waha się nawet złamać zasad praworządności, by wymierzyć sprawiedliwość i przywrócić porządek moralny. Dlatego ustawa była tak dla prawicy ważna. Nie chodzi wyłącznie o doraźnie używane symbole, ale o aksjologiczne podstawy ideologii władzy.

I nagle dramat. Hasło „precz z komuną” skandowane przez posłów PiS i Kukiz15 przestaje być jednoznaczne. Ta opowieść – kolejny mit założycielski obozu dobrej zmiany, zostaje zakwestionowana przez jednego z liderów. Jedność obozu władzy została publicznie zakwestionowana. Polityka historyczna, przywracanie dziejowej sprawiedliwości właśnie się pod ciężarem prezydenckiego weta załamało.

Politycy partii wydają się być głęboko rozżaleni. Okręt zjednoczonej prawicy, choć jeszcze nie tonie, to stracił wiatr z żagli i dryfuje szorując dnem o mieliznę. Tymczasem czy słuch mnie nie myli? Czy pierwszy oficer nie opuścił właśnie pokładu z wielkim pluskiem? Załoga musiała poczuć się zdradzona. Stąd te bezsilne urągania. Bezsilne, bo kalkulacja w tej kwestii jest jednoznaczna: Duda nie ma pewności, że zostanie kandydatem partii w kolejnych wyborach. Na jego miejscu, znając tryby politycznej machiny własnej partii i lojalność działaczy prawicy głęboko bym w taką ewentualność wątpił. Po drugie, coraz częściej PAD musiał sobie zadawać pytanie czy gdyby nawet został owym kandydatem, to czy poparcie partii jest dla niego szansą czy obciążeniem?

Wszystko wskazuje na to, że Andrzej Duda udzielił jednoznacznej odpowiedzi na powyższe pytania. Dobrze zna realia własnego obozu. Mam wrażenie, że tym razem wie co robi. Nie wróżę mu jednak sukcesu. Samodzielny start w wyborach bez poparcia partii jest bardzo trudny. Prawie niemożliwy. Wysokie słupki zaufania nie przekładają się na wynik wyborczy o czym boleśnie przekonał się jego poprzednik. Andrzej Duda rozpoczął swą samodzielną kampanię wybroczą udając się do sejmu na rozmowy z okupującymi go niepełnosprawnymi i ich matkami. Próbował zostawić rząd Mateusza Morawieckiego na spalonym ale poszedł nie przygotowany i dostał od protestujących srogie lanie. Kobiety pokazały mu jego własne wystąpienia z kampanii gdy płomiennie przemawiał o powinnościach głowy państwa wobec społecznie wykluczonych. Najwyraźniej został całkowicie zaskoczony bo jedyne na co było go stać to bezradne kiwanie głową. Andrzej Duda miał już swoją wielką szansę ale zamiast zostać mężem stanu i obrońcą demokracji wybrał grę o okruchy władzy. Dzisiaj próbuje budować swoją polityczną wagę lecz bezskutecznie. Już jest za późno.

Jakub Bierzyński

Komentarze

Jan Herman

7 maja 2018

Wnioskowanie trochę pochopne (zarówno w wątku upodmiotowienia się PAD, jak też co do jego relacji z PiS), ale wydźwięk notki jest do przyjęcia: PAD szuka miejsca między rolą następcy słabnącego JK a rolą mentora narodowego

JH

Wiesław kasprowicz

7 maja 2018

Andrzej Duda zagościł w ekstraklasie polskiej polityki w sposób mniej więcej taki jak Termalika z Niecieczy czy Sandecja Nowy Sącz, szybko, niespodziewanie i bez intelektualnego zaplecza. Praktyka pokazuje jednak to, że paranie się polityką, to gra tocząca się, nie w ciągu jednego sezonu a w ciągu wielu, wielu lat. To systematyczne i mozolne budowanie pozycji w swoim środowisku, jak robili to Kaczyński czy Tusk. Tej Duda sobie nie zbudował , nie zbuduje i już niedługo opuści ekstraklasę polskiej polityki, a za dekadę mało kto będzie o nim pamiętał. Obecne poparcie społeczne , jest raczej poparciem Polaków i Polek dla samego urzędu i skończy się wraz jego przegraną w 2100 roku.
PAD stracił szansę na samodzielność wtedy gdy wziął udział w bezprecedensowym łamaniu konstytucji, kiedy nie zaprzysiągł nowych sędziów TK, kiedy skierował do Sejmu poprawione ustawy o SN. Obrzydził wtedy sobie centrowy , prodemokratyczny elektorat , który nawet jakby fikał koziołki, do niego ju8ż nie wróci, a bez niego nie wygra wyborów , nawet jako kandydat PIS.

Jakub Bierzynski

8 maja 2018

Zgadzam się z Panem. Ustawy sądownicze to był moment. Gdyby nie rozmienił się na drobne w walce o prerogatywy z Ziobro tylko wywrócił stolik miałby szansę. Ta drugi raz mu się nie zdarzy.

Legitonlinepharmacy

10 maja 2018

Dziękuję!!!legit online pharmacy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *