Jakub Bierzyński

Socjolog, przedsiębiorca, inwestor, publicysta

Biedroń zjednoczy opozycję? (na:Temat)

6 września 2017

Po letnich protestach w obronie sądów, nastroje opozycyjnie nastawionej części społeczeństwa są dość jednoznaczne. Liderzy opozycji nie cieszą się poparciem i zaufaniem swoich potencjalnych wyborców. W trakcie ulicznych wieców ich uczestniczy dość jednoznacznie dawali ten fakt do zrozumienia z różnym entuzjazmem oklaskując poszczególnych mówców. To politycy młodzi, mniej znani, z drugiego szeregu otrzymywali największe brawa, budzili największy entuzjazm. Ryszarda Petru i Grzegorza Schetyny nikt co prawda nie wygwizdał, ale sympatie ludzi wyczuć można było jednoznacznie. Potrzeba nowego lidera. Czy Robert Biedroń ma szansę zjednoczyć opozycję?

Opisane powyżej przeświadczenie o słabości dotychczasowych liderów partii opozycyjnych potwierdzają liczne badania. Petru i Schetyna plasują się na dnie rankingów zaufania. Daleko poniżej innych działaczy własnych partii. 80% potencjalnych wyborców Nowoczesnej chciałaby powołania nowej partii opozycyjnej. 63% tyle wynosi odpowiedni wskaźnik dla popierających Platformę. (IPSOS dla OKO Press)

Na pytanie, o to czy opozycja potrzebuje jednego lidera, aż 51% Polaków odpowiada tak, 20% nie i 23% nie wiem. Nie wiadomo natomiast kto miałby tę rolę pełnić. 41 proc. uważa, że nikt z obecnych polityków opozycji, 13 proc. wskazało Pawła Kukiza, 10 proc. Władysława Frasyniuka, 9 proc. Roberta Biedronia, 7 proc. Kamilę Gasiuk-Pihowicz, 5 proc. Grzegorza Schetynę, a także Barbarę Nowacką, po 4 proc. Borysa Budkę oraz Władysława Kosiniaka-Kamysza, zaś 2 proc. Ryszarda Petru (Pollster 27-31.07.2017)

 

Krótko mówiąc katastrofa.

 

Dotychczasowi liderzy przegrywają praktycznie ze wszystkimi i to we własnym elektoracie. Na czele Platformy Obywatelskiej widzi Grzegorza Schetynę jedynie 13%, Borysa Budkę 28%, Rafała Trzaskowskiego 25% a Ewę Kopacz 23%. Ryszard Petru także nie ma się z czego cieszyć. Przegrywa z kretesem z Katarzyną Lubnauer 38%, i Kamilą Gasiuk Pichowicz 36%. Obecny lider może liczyć jedynie na 16% poparcia (IPSOS dla OKO Press 2-4.08.2017)

 

I co z tego wynika?

 

Nic. Kolejne wybory na przewodniczącego PO mają odbyć się za 2 lata. Ryszard Petru w taki sposób napisał statut założonej przez siebie partii, że jest praktycznie ze swej funkcji nieusuwalny. Obaj są całkowicie odporni na wyniki sondaży. Mało tego, wydają się także odporni na wyniki wyborów. Grzegorz Schetyna już zapowiedział, że nie ma zamiaru rezygnować ze stanowiska nawet w przypadku klęski PO w wyborach samorządowych. Wydaje się zatem, że obaj panowie przekładają własne stołki nad los swoich partii, o kraju już nie wspominając. Obaj gotowi są na klęskę wyborczą, byle będąc na stanowiskach przewodniczących przegranych formacji móc ze swadą komentować swą wyborczą porażkę przed licznymi kamerami telewizyjnymi. Obaj uwielbiają brylować w mediach, myląc politykę z publicystyką. I obaj w końcu jedyne, co mają do powiedzenia, sprowadza się do prostej negacji obecnych rządów prawicy.

 

Nic nowego.

 

Nie jest to przypadek odosobniony. Jarosław Kaczyński z uporem godnej lepszej sprawy przegrał aż 8 różnych elekcji, ani nie zmieniając nic w strukturach własnej partii, ani nie zmieniając jej programu. Dotrwał po prostu do momentu, w którym nastroje społeczne sprzyjały głoszonym poglądom i pomagając sobie akcją służb specjalnych (afera podsłuchowa) i przykładem węgierskich braci populistów, mogł wygrać wybory. Wygrał je niewielką przewagą głosów i głównie dzięki bezradności własnych przeciwników.

 

Teatr słabości.

 

Nie od dzisiaj polska polityka to teatr słabości. Wygrywa nie ten kto najmądrzejszy, najsilniejszy i najbardziej zdeterminowany lecz ten, kto jest sjest jadfasfatosunkowo najmniej w danym momencie słaby. Dzisiaj to chyba dla wszystkich jasne, że stosunkowo najmniej słaby jest Jarosław Kaczyński. Po pierwsze dlatego, że nauczył sam siebie i swoich wyborców populizmu. Już dziś wiadomo jak ma zamiar wygrać kolejne wybory. Starą metodą kija i marchewki. Z jednej strony obieca program 500+ dla emerytów i rencistów, z drugiej zniszczy media mogące prezentować alternatywny do jedynie słusznego ogląd sytuacji. Kaczyński dysponuje aparatem państwowym, który będzie użyty by wymóc zwycięstwo. Znamy te mechanizmy z Rosji Putina, Węgier Orbana i Turcji Erdogana. Do tej pory żeby robić interesy z władzą (Spółki Skarbu Państwa, zamówienia publiczne, agencje rządowe), trzeba było być co najmniej politycznie neutralnym. Jutro, żeby utrzymać pracę trzeba będzie aktywnie popierać jedynego słusznego wyraziciela suwerena. Tak działają wszystkie reżimy autorytarne na świecie. Tak samo będzie działał nasz rodzimy. Jarosław Kaczyński nie ukrywa źródeł swoich inspiracji. W Warszawie będzie jak w Budapeszcie, zapowiedział już dawno i trzeba tę zapowiedź potraktować poważnie. Wymiana elit już się dokonuje i stare tłuste koty, zbyt leniwe by skutecznie bronić swych pozycji zastąpią, głodni, pazerni, agresywni i bezwzględni działacze jedynie słusznej partii.

 

Nie ma z kim przegrać.

 

Pomimo ich skrajnej niekompetencji, chaosu i indolencji państwa prawie we wszystkich dziedzinach, notowania PiS nie spadają. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta . PiS w obecnej sytuacji nie ma z kim przegrać. Jak sama nazwa wskazuje, wybory to akt decyzji jaki każdy głosujący dokonuje wobec zastanej alternatywy. Przy w miarę stałej liczbie głosujących, polityka to gra o sumie zerowej. Gdy jeden wygrywa robi to zawsze kosztem konkurenta. Słabość opozycji jest głównym fundamentem obecnej władzy. Trudno liczyć na to by PiS przegrał sam ze sobą. Jest to oczywiście możliwe, biorąc pod uwagę narastający chaos i dezorganizację państwa. Reakcje rządu na nawałnice były dobrym symbolem państwa chaosu PiS, a czeka nas na jesieni „reforma” edukacji i służby zdrowia. Problem jednak pozostaje nierozwiązany. Słabość opozycji jest tak wielka, że przy braku realnej alternatywy, wszystkie klęski rządzącej ekipy uchodzą jej na sucho.

 

Zjednoczona opozycja.

 

Wśród protestujących na ulicach polskich miast dało się wyczuć marzenie o zjednoczonej opozycji. Zjednoczonej pod nowym przywództwem najpopularniejszych polityków obu partii parlamentarnej opozycji. W tym kontekście padało nazwisko Roberta Biedronia. I rzeczywiście Biedroń wydaje się być osobą, która mogłaby taką rolę spełnić. Ma polityczne doświadczenie, ogromną rozpoznawalność, charyzmę i cieszy się dużą popularnością. W symulacjach wyborów prezydenckich jest jedną z trzech najsilniejszych potencjalnych kandydatur w Polsce. I gdy wydaje się, że Robert Biedroń ma wszystkie karty w ręku, by stanąć na czele ruchu społecznego, który realnie może wygrać wybory z PiS, to stanowczo odmawia, zamyka się w Słupsku i dezerteruje przed wyzwaniem.

 

Tak się nie da.

 

Wydawałoby się, że ma wszystko. Słaba konkurencja nie stanowi problemu. Wyborcy poszukują dla niej alternatywy. Ma popularność, rozpoznawalność i doświadczenie. Lecz postanowił tej szansy nie wykorzystać. Mało tego, ostatnie wywiady Biedronia wskazują jednoznacznie, że cierpi on na tę samą chorobę, która toczy jego politycznych konkurentów. Z wielkim smutkiem przeczytałem wywiad Roberta Biedronia w naTemat. Po pierwsze rzuca się w oczy jego polityczna bierność wręcz bezradność. W wywiadzie neguje możliwość stworzenia zjednoczonej opozycji: „Ja wiem, że w marzeniach to ładnie wygląda, ze ludzie myślą, jaka byłaby to fajna partia, oni wszyscy tacy młodzi, mili (..)Tak się nie da. „ Jednocześnie nie przedstawia żadnej konstruktywnej propozycji. Bardziej interesuje mnie to, czy wartości, które są dla mnie ważne (..) będą reprezentowane. I czy inna polityka będzie możliwa? Na razie nie widzę takiej inicjatywy. Bardzo kibicuję Razem, bardzo kibicuję Inicjatywie Polskiej czy SLD i mam nadzieję, że to jakoś okrzepnie i znajdą się w parlamencie. Dzisiaj tego nie ma. Ich nie ma teraz w debacie publicznej. Tęsknię za tym, bo te wartości to także moje wartości. Trzeba wymyślić coś, żeby wrócili.”

„Trzeba wymyślić, jak przekonywać ludzi do zakładania oddolnych inicjatyw, do organizowania się, do budowy społeczeństwa obywatelskiego tak, aby nie dopuścić do popełnienia takiego błędu jak z poprzednich wyborów.”

Robert Biedroń najwyraźniej z polityki zrezygnował. Czeka aż ktoś coś wymyśli, zorganizuje i zrobi, by społeczeństwo obywatelskie zbudować, reprezentując jego wartosci, by uprawiać inną politykę? Pozostaje pytanie kto? Jeśli sam Biedroń człowiek numer 3 w rankingu sondaży prezydenckich nie widzi siebie jako spiritus movens takiego ruchu, to kto?

 

Trzeba łączyć nie dzielić.

 

Nie zgadzam się z Robertem Biedroniem. Rozdrobnienie demokratycznej części polskiej sceny politycznej z pewnością nie pomoże nam w odsunięciu autorytarnych rządów prawicy od władzy. Trzeba szukać programowych kompromisów. Trzeba budować na wspólnych nam wszystkim wartościach. Jestem przekonany, że Barbarę Nowacką i Kamilę Gasiuk Pichowicz tysiąc razy więcej łączy niż dzieli. Tylko musimy pozbyć się ideologicznych łatek. Zapomnieć o prostych definicjach rodem z XIX wieku. Może liberał powinien być ministrem finansów a socjaldemokrata polityki społecznej? Może możliwa jest pragmatyczna polityka bez oglądania się na ideologiczne hasła? Biedroń jest bierny nawet wobec bliskiego swoim wartościom środowiska lewicy, mówiąc o potencjalnym wejściu lewicy do parlamentu: „I to niekoniecznie zjednoczeni, jako jedna partia, bo na razie połączenie jest niemożliwe. Ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że w Sejmie jest i Razem, i SLD, i Barbara Nowacka. Trzeba znaleźć jednak mechanizmy, żeby dać szansę znaleźć się w parlamencie. To także moja odpowiedzialność. Patrząc na te ludzkie tęsknoty, jest ku temu potencjał.”

Ten cytat jest znaczący. Wynika z niego bowiem, po pierwsze, jednoznaczna deklaracja, że Biedroń tej odpowiedzialności nie ma zamiaru podjąć, licząc na to, że zrobi to za niego ktoś inny lub też wspomniane mechanizmy wytworzą się same. Po drugie, że akceptuje podziały i rozdrobnienie w środowisku ideowo mu bliskim i bardzo bliskim także sobie nawzajem. Wniosek? Nie o idee i wartości tu chodzi. Chodzi o to co zawsze – personalia. Kto z kim może a kto nie może. Kto będzie gwiazdą, kto przywódcą? Jakże dobrze to znamy prawda?

 

Mi jest dobrze tam gdzie jestem.

 

„Mi jest dobrze tam gdzie jestem, będę prawdopodobnie kandydował na prezydenta Słupska. Ja oczywiście nie mówię nie, jeśli chodzi o jakieś kolejne kroki polityczne, bo nigdy nic nie wiadomo, ale to jest kwestia przyszłości. A jak będzie ona wyglądała, tego nikt jeszcze nie wie. I nie ma sensu się tym teraz zajmować.”

 

Polityk nie znosi próżni

 

Kolejna kadencja prezydenta Słupska będzie trwać do 2022 roku. Zadam pytanie inaczej: Czy jest sens zajmować się Robertem Biedroniem w 2022 roku? Chyba nie ma. Polityka nie znosi próżni. Blisko połowa wyborców chce odsunięcia PiSu od władzy. Wraz z narastaniem chaosu w państwie, kolejnymi skandalami i otwarciem kolejnych frontów wojny PiSu ze wszystkimi, ten odsetek będzie raczej rosnąć, nie maleć. Popyt na zjednoczoną, silną, pragmatyczną opozycję z wizją przyszłości państwa i programem zmian będzie coraz bardziej aktualny. Ani Grzegorz Schetyna ani Ryszard Petru tego popytu nie zaspokoją. Nie zrobili tego w przeszłości i nic nie wskazuje na to, by byli w stanie zrobić to w przyszłości. Od dzisiaj wiadomo, że nadzieje związane z Robertem Biedroniem w tej roli są płonne. Robert Biedroń bowiem zdecydował się na karierę całkowicie solową, na małą, lokalną skalę i zajmuje go wyłącznie jedno: budowa marki „Biedroń”.

Marka “Biedroń”.

 

Problem jedynie polega na tym, że rynek się zmienia, a rynek polityczny zmienia się w niebywale dynamicznym tempie. Ciekawe czy ktoś o marce Biedroń będzie za 6 lat jeszcze pamiętał? Czy będzie na nią popyt? Czy w ogółe będzie jeszcze będzie w Polsce rynek polityczny? Czy będą demokratyczne wybory? Tego nie wiem. Ale wiem jedno. Ten kto podejmie wyzwanie. Ten kto będzie jednoczył, szukając programowych kompromisów. Ten kto zacznie bronić demokracji nawet kosztem realizacji swej osobistej politycznej kariery. Tylko ten jest w stanie najbliższe wybory wygrać. A to jest kwestia polskiej racji stanu. To jest sprawa fundamentalna dla przyszłości kraju. Gra idzie o najwyższą stawkę. Albo skutecznie przeciwstawimy się dokonywanemu w Polsce zamachowi stanu albo będziemy żyć w kraju, gdzie wybory będą fikcyjną formalnością jak w Rosji czy Turcji.

Na pytanie o stworzenie jednej partii z Borysem Budką i Kamilą Pichowicz. Robert Biedroń odpowiada: „Ale to nie chodzi o to, żeby łączyć się w jedną partię. To byłoby nie do zniesienia przez takiego faceta jak ja.”

Chyba wszystko jasne. Słupsk będzie miał dobrego prezydenta w kolejnych latach. Polska demokracja musi poszukać innego obrońcy.

Komentarze

Kristomar

8 września 2017

Lucky Słupsk 🙂

jozue

8 września 2017

Masz człowieku osobisty uraz do JK oraz PIS a urazy w psychopatycznej osobowości urastają natychmiast do obsesji. Jesteś strigoi – połączenie człowieka i demona, czyli opętanie. Trafisz do lake of fire.

Kamil

11 września 2017

Pani Jakubie,

Przed opublikowaniem tekstu czasami warto go przeczytać. Jest tu sporo sekcji, gdzie coś się rozjeżdża gramatycznie. Tylko wspomnę literówki i powtórzenia tych samych stwierdzeń po kilka razy.
Co do meritum, też nie ma Pan racji. Robert Biedroń jest pewnie sympatycznym człowiekiem, ale populista z niego jest nie mniejszy niż obecnie rządzący, a jego poglądy są skrajnie lewicowe. Gdy zacznie więcej występować w mediach ogólnopolskich, jego poparcie zjedzie do adekwatnych poziomów, tj. 5-8%.
Pisał Pan niestety już kilka razy w podobnym tonie do pana Lisa na temat „mądrości” Polaków. To jest własnie pana problem i powód dla którego ciężko Panu będzie wyjść poza niszę, którą Pan obecnie zajmuje. Zresztą chyba nawet niespecjalnie życzę Panu takiego wyjścia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *