Niech opozycja idzie do wyborów razem czyli osobno. (Rzeczpospolita)

10 lipca 2019

Fotorzepa, Jerzy Dudek

Gdy Jarosław Kaczyński zapowiada na kongresie programowym Zjednoczonej Prawicy „walkę ze złem” jako światopoglądowe hasło własnej formacji i obiecuje, że jego partia nie cofnie się z obietnic wyborczych „ani o krok”, opozycja nadal dyskutuje w jakiej konfiguracji pójść do jesiennych wyborów. Podstawowe pytanie brzmi: razem czy osobno?

Oba scenariusze mają swoich zwolenników, oba mają wady i zalety.

Opozycja startuje razem

Z jednej strony najnowsze badania opinii wskazują, że jedynie idąc w zjednoczonym bloku wyborczym opozycja ma szanse powalczyć z PiS o zwycięstwo. Najnowszy sondaż Kantar dla Radia Zet nie pozostawia złudzeń. Razem demokraci mogą liczyć na 37,3 proc. poparcia. Suma elektoratów partii idących samodzielnie do wyborów daje opozycji 38,5 proc. głosów. Tak jak w sondażach przed wyborami do Parlamentu Europejskiego nie ma premii za zjednoczenie – jest kara. Podzielona opozycja dostaje o punkt mniej, ale prawdziwą premię za rozdrobnienie dostaje PiS – plus 5,6 punktu procentowego. Elektoraty partii wchodzącej w skład Koalicji Europejskiej raczej się wykluczają niż sumują. Rozdrobnienie opozycji działa jednak na korzyść partii rządzącej. Tym bardziej, że PSL i SLD według sondaży nie mają szans na przekroczenie progu wyborczego. Biorąc ten fakt pod uwagę, w wariancie rozdrobnienia głosów opozycji, PiS zdobywa 45,4 proc. co daje mu 13,2 punktów procentowych przewagi PO i Wiosną (32,2 proc.). Oznacza to samodzielne rządy Jarosława Kaczyńskiego a nawet większość konstytucyjną.

W wariancie „razem” PiS zdobywa 39,8 proc. głosów – 5,6 punktów mniej a przewaga maleje do 2,5 proc. (i to bez Wiosny). Zjednoczenie opozycji nie daje premii za jedność, lecz istotnie obniża przewidywany wynik partii rządzącej.

Odpowiedź na pierwszy rzut oka wydaje się prosta. Jedynie zjednoczona opozycja może realnie powalczyć z PiS. Niestety jak wszystkie proste odpowiedzi na trudne pytania, tak i ta może być obarczona ogromnym błędem.

Po pierwsze deklaracje w badaniach słabo przekładają się na wynik wyborczy. W wyborach do Europarlamentu Koalicja Europejska według sondaży mogła liczyć na 37 procent głosów czyli tyle samo co PiS (średnia z 11 badań od 1 maja do wyborów). Wynik przy urnach jak wiemy znacznie odbiegał od oczekiwań. Koalicja zdobyła 38 proc., czyli mniej więcej tyle ile dawały jej sondaże ale PiS aż 45 proc. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że w szerokiej zróżnicowanej światopoglądowo koalicji trudno sformułować jednoznaczny pozytywny program. Poza niechęcią do PiS niewiele wszak łączy konserwatywnych wyborców PSL, liberalnych, kosmopolitycznych zwolenników PO i lewicowych SLD czy Zielonych. Wspólne minimum programowe okazało się dość ubogie a przede wszystkim wtórne. Utrzymanie programów socjalnych PiS to postulat, który nie przysporzył Koalicji nowych wyborców a liberalnych pogrobowców Nowoczesnej wręcz zraził. Ochrona środowiska i służba zdrowia jako priorytety działań Koalicji to mało wiarygodna kopia postulatów Wiosny. Opozycja pod przywództwem Grzegorza Schetyny nie sformułowała nie tylko oryginalnych pomysłów programowych ale także nie była w stanie zaproponować spójnej wizji ładu społecznego po wygranych wyborach.

Tę lukę bardzo skutecznie wykorzystał Jarosław Kaczyński kierując kampanię w stronę światopoglądowych sporów. Na tym polu prawica mogła przeciwstawić jedność i zdecydowanie w obronie tradycyjnych wartości, rodziny, wiary i nacjonalistycznie pojętego patriotyzmu wobec oczywistych sprzeczności w deklaracjach demokratów. Prawicowa propaganda wykorzystała wszelkie rozbieżności światopoglądowe przeciwników bez litości eksploatując marginalne w istocie wydarzenia jak przemówienie Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim czy deklarację Pawła Rabieja dotyczącą prawa do adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Prawicowi spin doktorzy trafnie zdefiniowali słabe punkty bloku opozycyjnego i wyeksportowali je bez litości, do końca.

W efekcie wyborca otrzymał prosty przekaz: opozycja jedynie obiecuje to, co my wam już teraz dajemy (13 emerytura, 500+ na pierwsze dziecko) a w kwestiach światopoglądowych jest niespójna i nie wiadomo czego można się po niej spodziewać. Innymi słowy „totalni nie mają nic Polakom do zaproponowania”. Głosując na Koalicję ponosicie jedynie ryzyko, że nie dotrzyma obietnic i odbierze zdobycze socjalne, które rząd w sejmie właśnie uchwala.  To zadziałało. W porównaniu z wyborami samorządowymi PiS zmobilizował 1 milion dodatkowych głosów, a Koalicja straciła blisko 2 miliony własnych. Obrona demokracji i praworządności to zbyt mało by zmobilizować Polaków. Obrona comiesięcznej daniny państwowej jest znacznie skuteczniejszym narzędziem do przekonania ludzi, by wzięli udział w wyborach. Po prostu Polacy zazwyczaj nie głosujący, bo „politycy nie dotrzymują obietnic”, bo „mój głos się nie liczy”, bo „polityka nie ma znaczenia” po raz pierwszy poczuli, że mają czego bronić. Pamiętajmy, że poczucie straty jest jedną z najsilniejszych ludzkich emocji. Ludzie zdecydowanie mniej cenią korzyści niż odczuwają ból po stracie. PiS realizując własne obietnice już przed wyborami wykorzystał ten fundamentalny mechanizm ludzkiej psychiki. Ludzie poszli masowo do wyborów, by bronić swoich przywilejów. W dzisiejszych badaniach aż 77 proc. Polaków deklaruje udział w jesiennych wyborach. To rekord i smutny paradoks. Triumf demokracji może okazać się jej klęską. Zwycięży autorytaryzm kupiony za masową redystrybucję pieniędzy publicznych.

Mając w pamięci dynamikę poprzedniej kampanii wyborczej i ostateczny wynik wyborów z wielkim dystansem należy traktować deklaracje wyrażane w sondażach. Kierując się wynikami badań możemy narazić się na kolejne bolesne rozczarowanie. Nie warto powtarzać tych samych błędów. Wynik będzie podobny.

Czyli jednak osobno?

Odpowiedź jest jednoznaczna – NIE. Po pierwsze nie ma żadnych przesłanek by przewidywać wynik wyborczy lepszy niż notowania w sondażach, a te jak pisałem powyżej są fatalne. Po drugie dwóch z istotnych koalicjantów nie przekracza w nich progu wyborczego. I to już dzisiaj, a jak wiemy w kampanii wyborczej PiS zyskuje, nie traci. Zyskuje mobilizując niegłosujących. Po trzecie notowania Wiosny spadają z 8 proc. zaraz po wyborach do 6 proc. dzisiaj. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wejście partii Roberta Biedronia do parlamentu jest obarczone ryzykiem. To oznacza, że blisko 3,5 miliona głosów wyborców Wiosny, PLS i SLD przeciwnych autorytarnym rządom nie znajdzie swojej reprezentacji w parlamencie, a jedyną przeciwwagą dla PiS (45,4) i Kukiz 15 (5,5%) będzie Platforma z wynikiem 25,9%. To otwarta droga do większości konstytucyjnej. Oznacza to powtórzenie w Polsce wariantu węgierskiego – autorytarnego państwa jednopartyjnej dominacji o cechach mafijnych.

Politycy po demokratycznej stronie sceny politycznej muszą uświadomić sobie ponownie prosty fakt – nie gramy o zwycięstwo w wyborach i rządzenie krajem, lecz o uratowanie demokracji i powstrzymanie autorytaryzmu, o szanse wygrania wyborów w kolejnej kadencji, za 4 lata. Wielki wybór nie jest jedynie hasłem wyborczym. Czas potraktować go poważnie.

Razem – czyli osobno

Jeśli zatem nie razem, bo przegramy i nie osobno, bo poniesiemy klęskę, to czy jest scenariusz, który nie powtarza błędów z kampanii do Parlamentu Europejskiego i nie jest jednocześnie przepisem na gwarantowaną katastrofę? Jest, wymaga jednak wyjścia poza partyjne myślenie w czarno-białych kategoriach partyjnych interesów.

Opozycja może przedstawić wspólne listy wyborcze. Doświadczenie Koalicji Europejskiej pokazuje, że jest to możliwe. Notowania PSL i SLD poniżej progu wyborczego bardzo uprawdopodabniają przetrwanie tej formuły.  Z drugiej strony można nie narażać się na problemy ze światopoglądową spójnością wewnątrz takiej koalicji. Zostawmy to co nas łączy i dajmy Polkom i Polakom wybór w tym, co nas dzieli. Największym błędem Koalicji Europejskiej było tworzenie pozoru jedności. Ta jedność jest fałszywa i wyborcy to widzą. Gdyby na listach demokratów znaleźli się kandydaci z różnych ugrupowań, prowadzący własne kampanie wyborcze, mieliby większe szanse na sukces. Wyobraźmy sobie, że w ramach jednej listy każda partia prowadzi własną kampanię do swoich potencjalnych wyborców. To co nas łączy to kwestie fundamentalne: obrona praworządności i demokracji, miejsce Polski w Europie, ochrona środowiska i odejście od energii opartej na węglu, służba zdrowia, silne niezależne samorządy i odejście od centralizacji państwa. To co nas dzieli można przekuć w atut, nie obciążenie. Niech wyborcy wybierają spośród światopoglądowo różnych kandydatów PO, PSL, Wiosny, SLD i Zielonych. Każdy będzie miał motywacje żeby pójść do urny i zagłosować na kandydata, który reprezentuje jego czy jej stanowisko. Z drugiej strony kandydaci koalicji demokratycznej nie będą pewni mandatu. Wysokie miejsce na liście nie gwarantowałoby w prosty sposób, jak dzisiaj, mandatu posła. Wewnętrzna konkurencja zmobilizowałaby kandydatów do prowadzenia kampanii w terenie. Koalicja mogłaby liczyć na zwielokrotniony efekt Elżbiety Łukacijewskiej, która wygrała mandat z 10, ostatniego miejsca na liście na Podkarpaciu, w regionie gdzie KE podobno nie miała szans.

Razem ale osobno z jednej strony rozwiązuje problem spójności światopoglądowej – tak jesteśmy różni dlatego masz wybór – z drugiej neutralizuje negatywny elektorat poszczególnych partii – możesz głosować na liberała jeśli nie chcesz by wygrał lewicowiec, lub odwrotnie.

Krótko mówiąc – powiedzmy ludziom prawdę. Spróbujmy ze słabości uczynić atut. Jeśli to co nas łączy to demokratyczne wartości, a to co nas dzieli, to światopoglądowe spory, to dajmy wyborcom rozstrzygnąć kto ma rację. Kto jest bliżej ich oczekiwań. W takiej formule jest miejsce i na PSL, i na SLD czy Wiosnę. Kosiniak-Kamysz ma rację: nie musimy i nie powinniśmy udawać światopoglądowej jedności, ale powinniśmy i musimy iść do wyborów na jednych, demokratycznych listach. Razem ale osobno. Tylko tak możemy stworzyć przeciwwagę dla autorytarnych zapędów prawicy.

Na razie gramy w reguły gry napisane przez Jarosława Kaczyńskiego. Może czas przewrócić stolik i zrobić coś nieoczywistego? Budujmy na tym co nas łączy: na podstawowych demokratycznych wartościach i przede wszystkim na prawdzie. Jeśli nie razem, bo PSL się obraża; jeśli nie osobno, bo to oznacza pewną klęskę; to może nic nie mamy do stracenia i warto wyjść poza schemat?

Jakub Bierzyński

Komentarze

MMarek

11 lipca 2019

Mądry Polak po szkodzie. Do Pana już to dotarło, bo patrzy Pan na to wszystko z samego dna, tuż po swojej spektakularnej porażce . Obawiam się, że to dotrze do innych graczy dopiero po wyborach, gdy będzie już za późno.
Szlachetna lista RATUJMY POLSKĘ jest naturalnym pomysłem. Tutaj chodzi głównie o mobilizację. Platforma walkę na kilka, a może i kilkanaście lat przegrała, nie ma zdolności poszerzania. PSL próbuje walczyć o odzyskanie pola – ma tutaj coś do wygrania z PISem. Warto robić wszystko, żeby nie zaprzepaścić głosów, które związane były z Wiosną i konsolidować się.

jozue

14 lipca 2019

Jakim trzeba być idiotą, aby nie widzieć prawdy.
Jakim trzeba być zaprzańcem, aby POdążać za kłamstwem.
Dla jednych i drugich na końcu drogi „lake of fire”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *