Marian Banaś – polityczny błąd Kaczyńskiego. (Rzeczpospolita)

4 grudnia 2019


Fotorzepa, Jerzy Dudek

Wydawało się, że wobec afery KNF, czyli banku za złotówkę, wież na Srebrnej i zarzutów uczestnictwa w korupcji wobec samego Jarosławowa Kaczyńskiego, majątku Mateusza Morawieckiego, nadużywania państwa jak prywatnego folwarku przez marszałka Kuchcińskiego i wielu, wielu innych, kamienica na godziny Mariana Banasia to drobiazg, który zniknie w potoku kolejnych afer i skandali dręczących rządzącą ekipę Prawa i Sprawiedliwości. Tymczasem przypadek zrządził, że sprawy potoczyły się w nieprzewidywanym kierunku.

Marian Banaś został wybrany na szefa Najwyższej Izby Kontroli w sierpniu 2019 roku. Nominacja jakich wiele. Były kwiaty, gratulacje i pamiątkowe zdjęcia. Opozycja oczywiście atakowała kandydata PiS wypominając mu niejasności w oświadczeniach majątkowych. Kaczyński pchał swojego człowieka bez względu na krytykę. Padł przy tym ofiarą własnej logiki politycznej, która mówi – nic nie jest tak dobrą rekomendacją dla naszego człowieka, jak krytyka ze strony opozycji. Im bardziej zajadła, tym lepszy wybór. Bo w logice ciągłej wojny trzeba eskalować konflikt, prowokować wściekłe ataki, utwierdzać w moralnym oburzeniu totalną opozycję a własnych zwolenników w poczuciu nieomylności i politycznej siły. Marian Banaś nadawał się jak nikt inny i spełnił pokładane w nim nadzieje z nawiązką.

Znikająca kamienica

Media pisały o niejasnych interesach Banasia od dawna. Już 10 miesięcy temu portal Wirtualna Polska opisał niejasne interesy wokół krakowskiej kamienicy. Parę miesięcy później do sprawy powrócił „Dziennik Gazeta Prawna”. Sprawa znikającej i pojawiającej się w oświadczeniach majątkowych kamienicy pojawia się ponownie. Gazeta opisała szczegółowo problem z zaniżonym czynszem wynajmu i przedwstępną umowę sprzedaży budynku. Z materiału wynikało wprost, że minister finansów w rządzie Mateusza Morawieckiego unika w ten sposób płacenia podatków.

Sprawa była przedmiotem interpelacji posłanki PO Izabeli Leszczyny już pod koniec zeszłego roku oraz wystąpieniu posła Roberta Kropiwnickiego dziewięć miesięcy później, w sierpniu 2019, przy okazji debaty nad nominacją dla nowego prezesa NIK. Zgodnie z logiką wojny interpelację zignorowano a posłowi wyłączono mikrofon.

W tym czasie CBA prowadziło kontrolę oświadczeń majątkowych Mariana Banasia, ale były to procedury formalne, prowadzone z obowiązku, przewlekle i na pokaz. Nie pierwszy raz. Marian Banaś obejmując stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Finansów (2015), szefa służby celnej (2015), sekretarza stanu (2016), szefa Krajowej Administracji Skarbowej (2017) i ministra finansów (2019) otrzymał certyfikat bezpieczeństwa dostępu do tajemnic państwowych. Przyznanie takiego certyfikatu poprzedza bardzo szczegółowa kontrola kandydata. Tym razem była ona bezpośrednio nadzorowana przez szefa CBA. Bezprecedensowe objęcie osobistym nadzorem procedury kontrolnej przez szefa jednostki dowodzi, że sprawa miała charakter polityczny. Był „nasz człowiek” i „nasz człowiek” musi zostać pozytywnie zweryfikowany. Decyzja Nowogrodzkiej jest ważniejsza, niż dokumentacja postępowania a zaufanie prezesa przekreśla niewygodne fakty. Jarosław Kaczyński ma zawsze rację. Opozycja racji nigdy nie ma. Kontrola to czysta formalność. Im bardziej krytykowany jest kandydat, tym lepiej dla niego. Prezes utwierdza się w swej nieomylności, a zadaniem służb nie jest stwierdzenie faktów, lecz potwierdzenie nieomylności prezesa.

„Zadzwonię do Banasia”. Mleko się rozlało

Wszystko przebiegłoby według dobrze znanego schematu: Banaś sprawuje swój urząd, opozycja zaciekle krytykuje, psy szczekają, karawana idzie dalej, gdyby nie dociekliwość ekipy Suprewizjera TVN. Co innego pisać o nieprawidłowościach w oświadczeniach majątkowych urzędnika a co innego zobaczyć obwieszonego złotem gangstera rzucającego do kamery: „To ja zadzwonię do Banasia”. Mleko się rozlało. Kryształ rozleciał się na kawałki. Banaś stał się na tyle toksyczny, że partia musiała w jego sprawie podjąć jakąś decyzję. Zmusić szefa Naczelnej Izby Kontroli do dymisji lub próbować przeczekać skandal udając, że nic się nie stało. I tak źle, i tak niedobrze. Marian Banaś stał się dla PiS-u jak szyszka w tylnej części ciała: ani wepchnąć, ani wyciągnąć.

Z dzisiejszej perspektywy wyraźnie widać, że Kaczyński popełnił polityczny błąd. Utrzymanie pancernego Mariana na stanowisku było mniej kosztownym scenariuszem, niż walka z nim. Prezesa jednak zgubiła pycha. Był pewien, że gdy z wysokości swojego majestatu zażąda od nieusuwalnego urzędnika dymisji ten posłusznie, jak wszyscy inni, żądanie owo spełni, stawiając co najwyżej warunki dotyczące przyszłości własnej i swych najbliższych. Awans dla syna w PKO, w którym do niedawna pracował i dobrze płatna posada dla niego samego, mogłyby rozwiązać sprawę. Nic nowego. Przecież w ten sposób realizuje się ideały prawicy na co dzień. Banaś nie byłby pierwszy i nie ostatni w realizowaniu polityki jako gry o podział politycznych łupów wynikających ze sprawowania władzy. Tymczasem prezes, żądając poświęceń na rzecz kryształowego wizerunku własnej partii, posłużył się wyłącznie kijem. Zapomniał o marchewce. Zamiast Banasia przekupić, postanowił go jedynie zastraszyć. I już wydawało się, że osiągnął sukces. Marszałek Sejmu otrzymała podpisany dokument, lecz odesłała go z powrotem nadawcy. PiS poczuł się zbyt pewnie i przesadził z presją. Elżbieta Witek żądała wskazania konkretnej osoby, jako pełniącej obowiązki następcy. Mateusz Morawiecki zagroził Banasiowi planem B, a rzeczniczka rządu poinformowała na Twitterze o przebiegu spotkania z Mariuszem Kamińskim i Jarosławem Kaczyńskim na Nowogrodzkiej. Spotkania, które miało być tajne, lecz prezes zbyt szybko chciał obwieścić swą sprawczą moc. Szalę goryczy przelało złożenie przez CBA doniesienia o popełnieniu przestępstwa do prokuratury.

Banaś nie chciał zostać kozłem ofiarnym

Pancerny Marian urwał się ze smyczy. Zrozumiał, że pisana jest mu rola kozła ofiarnego niezależnie od tego czy poda się do dymisji, czy nie. Kaczyński posłuży się jego przykładem nie tylko po to, by ratować nadwątlony, „kryształowy” wizerunek własnej partii, ale by pokazać jak bardzo jest bezkompromisowy jest w walce z własnymi ludźmi: „Od swoich wymagamy więcej”. „W odróżnieniu od naszych poprzedników wyciągamy konsekwencje”. „W pisie nie ma świętych krów”. „To są standardy moralne prawicy”. I tak dalej. Tym razem aktorzy tego przedstawienia pospieszyli się z wygłaszaniem rytualnych kwestii i zanim Marian Banaś odesłał ponownie poprawione oświadczenie o własnej dymisji, zdążył się zorientować, że nie ma nic do stracenia. Doprowadzony do ostateczności obrócił się przeciwko swoim mocodawcom i odmówił współpracy. Dymisji nie będzie.

Prezes Naczelnej Izby Kontroli jest nieusuwalny. Posiada konstytucyjne gwarancje. Powstał potężny problem po Banaś powiedział „sprawdzam” a „plan B” okazał się blefem. Bolesna prawda jest taka, że nie ma żadnego „planu B”. Odwołanie szefa NIK wymaga prawomocnego wyroku sądu albo zmiany konstytucji. Postępowanie sądowe i wyrok nie wchodzą w rachubę. Polityczne koszty przedłużania afery na miesiące i lata byłby zbyt duże. Zeznania świadków, analizy dziennikarzy dotyczące powiązań Mariana Banasia z ludźmi władzy, oświadczenia samego podejrzanego powodowałyby, że temat nie znikałby z pierwszych stron mediów przez bardzo długi czas.

Czy Banaś zostanie „winą Tuska”?

Koszty polityczne afery narastają geometrycznie wraz z czasem jej trwania. Polityczne zarządzanie kryzysowe ma jeden fundamentalny paradygmat – im krócej tym lepiej. Cel najważniejszy to wyciszenie sprawy na najwcześniejszym stadium rozwoju. Sprawa sądowa nie wchodzi w rachubę tym bardziej, że oskarżony uzyskałby fantastyczne narzędzia do rewanżu: publiczne zeznania w świetle kamer, w których mógłby wiele o sposobie funkcjonowania ekipy „prawych i sprawiedliwych” ujawnić.

Pozostaje zmiana konstytucji a ta wymaga zgody opozycji. Niemożliwej do uzyskania. Sprzeciw będzie pretekstem by przerzucić odpowiedzialność za aferę na przeciwników: „Chcemy oczyszczenia polskiej polityki”. „Domagamy się przywrócenia podstawowej praworządności, opozycja nam nie pozwala”. „To oni popierają Banasia. Oni go kryją nie my!”, wniosek – Banaś to człowiek PO: „wina Tuska”. To trudne, lecz nie niemożliwe. Historia propagandy zna wiele bardziej karkołomnych łamigłówek. PiS zrobi wszystko by wepchnąć „szyszkę” Banasia opozycji.

Jeśli to się nie uda pozostaje złamać konstytucję – tak jak w przypadku powołania sędziów Trybunału Konstytucyjnego poprzez głosowanie cyklu ustaw, z których wyborcy niewiele będą w stanie zrozumieć oprócz tego, że w ten sposób „dobrzy ludzie” z kryształowej partii próbują odwołać „złego człowieka”, a opozycja przeciw temu protestuje. Ostatni wariant to pogodzić się z Banasiem i wyciszyć sprawę.

Nie wiem na czym się skończą te targi. Walka z Banasiem jest dla PiS bardzo kosztowna. Po pierwsze przypomina wszystkim o aferze. Po drugie: prowokuje do publikacji zdjęć z jego nominacji. A to prezydent, a to premier, a to prezes w serdecznych uściskach z Marianem Banasiem przekazują mu szczere gratulacje śmiejąc się opozycji prosto z nos. Po trzecie: szef NIK ma bardzo poważne instrumenty kontrolne obozu władzy. Mając żelazną determinację i ogromną wiedzę o tym jakie są nieformalne mechanizmy jej funkcjonowania, może stać się dla PiS najczarniejszą ze zmór. Po czwarte: wojna z Banasiem obnaża mafijne mechanizmy władzy. Odwołanie Jakuba Banasia – syna Mariana – z funkcji dyrektora w państwowym banku, pokazuje stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, szantaż jako metodę sprawowania rządów i traktowanie stanowisk w spółkach Skarbu Państwa jako politycznego łupu, nie tylko dla działaczy partyjnej nomenklatury, ale także członków ich rodzin. Państwo mafijne w pełnej krasie.

Pozostaje ostatnie pytanie: dlaczego mając wiedzę o niejasnych interesach Mariana Banasia podjęto ryzyko jego nominacji? Czy służby naprawdę nie wiedziały? Niemożliwe. Osobisty nadzór nad sprawdzaniem Banasia objął szef CBA. Przecież nie dlatego, że spodziewał się ujawnić liczne nieprawidłowości, lecz odwrotnie – dlatego, że chciał być pewien, że nigdy one nie wyjdą na jaw i nic nie stanie na drodze woli prezesa wyrażonej w partyjnym zleceniu jego nominacji. W normalnym kraju szef ABW powinien natychmiast podać się do dymisji. Niezależnie od tego czy jej powodem było matactwo w sprawie Banasia, czy jego skrajna nieudolność. Nie wierzę w teorię spiskową mówiącą o tym, że Banaś został celowo wybrany po to, by możliwe było sterowanie prezesem Naczelnej Izby Kontroli za pomocą haków, co miałoby zapewniać partii władzy całkowitą bezkarność. Prezes ma wiernych, lojalnych i całkowicie dyspozycyjnych partyjnych aparatczyków na pęczki. Nie musi ponosić ryzyka reputacyjnego związanego z taką nominacją. Prokuratorzy od lat zawieszają jedne i wszczynają inne postępowania poprawnie i bez zwłoki reagując na polecenia z partyjnej centrali. Do NIK nie trzeba było Banasia. Wystarczył dowolnie wybrany lojalny, zdyscyplinowany, anonimowy, lecz zasłużony działacz partii. Lojalność i wdzięczność za stanowisko są lepsze niż haki. „Pancerność” jest najgorszą z partyjnych rekomendacji.

Po co było się tak narażać? Odpowiedź może być tylko jedna – kariery ludzi pokroju Banasia to norma w państwach mafijnych. Bo wszystko jedno kim jesteś i jak niejasne interesy wiążą cię ze światem przestępczym, jak wygląda twoje oświadczenie majątkowe, byle byłbyś „nasz”. Człowiekiem z towarzysko-biznesowego kręgu władzy. To bezkarność wśród lojalnych jest największym spoiwem ekipy rządzącej. Banaś został szefem NIK dlatego, że prezes wszystko może. Chciał wysłać do swoich partyjnych podwładnych jasny sygnał – po wyborach nic się nie zmieniło. Tak jak cesarz Kaligula zrobił ze swego konia senatora, tak ja nadal mogę zrobić szefa NIK z Banasia. Nadal bezkarnie możemy konsumować owoce politycznego zwycięstwa. Za wierność idei Prawa i Sprawiedliwości przymkniemy oko na przekręty i ciemne interesy. Służby wiedziały z kim mają do czynienia. Opozycja biła na alarm. Media od miesięcy opisywały sprawę. Kaczyński doskonale wiedział kogo desygnuje na tak eksponowane stanowisko i jakie ryzyko ponosi. Jednak demonstracja siły w celu zbudowania lojalności wokół ekonomicznych interesów ludzi władzy była ważniejsza niż polityczne ryzyko tej nominacji. I traf chciał, że trafił na Banasia, a Banaś jak wiadomo jest „pancerny”. Źle to wróży Kaczyńskiemu. Reputacja zobowiązuje.

Jakub Bierzyński

Komentarze

jozue

31 grudnia 2019

Oto opublikowana została sensacyjna „Lista Zaradkiewicza”, na której widnieje 747 nazwisk orzekających do dziś sędziów( w tym 60 w SN), których nominowała jeszcze Rada Państwa PRL, czyli reżim komunistyczny. Czy Gersdorf i ta cała anarchizująca Polskę sędziowska wataha odważy się dzisiaj powiedzieć, że Rada Państwa PRL była organem bezstronnym i niezawisłym w przeciwieństwem do dzisiejszej KRS? Wszystko wygląda na to, że będziemy świadkami chichotu historii, bo ci, którzy pragnęli „żeby było tak jak było” walnie przyczynią się do dekomunizacji i naprawy polskiego sądownictwa. To oni sami dali pretekst do pozbycia się popeerelowskich złogów w togach. Nie spodziewali się, że począwszy od 2015 roku z bezczelnymi uśmiechami na gębach tak naprawdę sami nieświadomie piłowali gałąź, z której za chwilę spadną na antypolskie zacietrzewione łby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *