Jakub Bierzyński

Socjolog, przedsiębiorca, inwestor, publicysta

Nie stać nas na niższy wiek emerytalny. (Polska The Times)

13 listopada 2017

Odwrócenie reformy podwyższającej wiek emerytalny do największy błąd obecnej władzy. Długofalowo to obciążenie budżetowe, które jest przez państwo nie do udźwignięcia. To populizm w czystej postaci. Po nas choćby potop. Nie ma państwa w Europie, w którym pracuje się krócej niż Polsce. Nawet wielokrotnie zamożniejsze Niemcy nie stać na wiek emerytalny porównywalny do tego jaki od miesiąca obowiązuje nad Wisłą. Dlaczego? Z powodów demograficznych.
Rośnie długość trwania życia

Przeciętna długość trwania życia w Europie systematycznie rośnie. Co to znaczy dla systemu emerytalnego? To znaczy, że te same pieniądze zgromadzone w formie składek na przyszłe emerytury muszą wystarczyć na dłuższy okres czasu. W Polsce to osiem lat więcej niż 25 lat temu. Oczekiwany czas trwania życia na emeryturze dla Polek to obecnie 24 lata, dla Polaków to 16 lat. Długość życia dynamicznie rośnie a wiek emerytalny wraca do wartości sprzed ćwierć wieku. Po prostu te same pieniądze trzeba będzie podzielić na większą ilość miesięcznych wypłat. W efekcie emerytury muszą być niższe.

Dyskryminacja kobiet

Szacunki mówią, że połowa kobiet może spodziewać się emerytury w wysokości minimalnej czyli 875 złotych na rękę, a średnia wysokość ich świadczeń to 1500 złotych. Zróżnicowanie wieku emerytalnego to nie jest jak chce propaganda rządu, uprzywilejowanie kobiet. Wręcz odwrotnie to przejaw dyskryminacji. Z oczywistych przyczyn: krótsza przewidywana długość życia na emeryturze, co za tym idzie mniejsza ilość wypłat plus wyższe zarobki mężczyzn i dłuższy o pięć lat okres składkowy, wysokość „męskiej” emerytury będzie o 80 proc. wyższa od „kobiecej” i wynosić będzie średnio 2800 złotych.

Praca aż do śmierci

Propagandowym kłamstwem jest slogan „praca aż do śmierci”. Wraz z wydłużeniem się przewidywanego czasu życia te same uzbierane w składkach pieniądze muszą po prostu starczyć na dłużej. Dzisiaj na dużo dłużej niż jeszcze 25 lat temu. Na początku transformacji ustrojowej kobiety mogły liczyć na 15 lat życia na emeryturze a mężczyźni jedynie na nieco ponad dwa lata! Skrócenie wieku emerytalnego oznacza obciążenie budżetu w kwocie 20 mld zł. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z faktycznego czasu życia. Wynika to z bardzo banalnego powodu: własny czas życia szacujemy na podstawie obserwacji pokolenia naszych dziadków. To pokolenie starsze od nas średnio o 40-50 lat. Nasze perspektywy długości trwania życia wydłużyły się w ciągu dwóch pokoleń o około 20 lat! Fenomen nie doszacowania długości trwania własnego życia nie jest jedynie polskim zjawiskiem. Parę lat temu rząd Wielkiej Brytanii sfinansował akcję informacyjną pod dość szokującym tytułem „poznaj datę własnej śmierci”. Chodziło o to by ludzie starsi realnie szacowali czas życia, który im pozostał. Problemem społecznym w Wielkiej Brytanii stało się bowiem ubóstwo osób starszych, które źle szacując swoje perspektywy życiowe, przedwcześnie przejadały własne oszczędności doprowadzając się do skrajnej nędzy wtedy, gdy środki finansowe były im najbardziej potrzebne. Nie wątpię, że w wyniku tego, że w Polsce długość trwania życia wzrosła zdecydowanie bardziej dynamicznie niż w Wielkiej Brytanii, u nas taka akcja społeczna byłaby jeszcze bardziej wskazana.

Rosnąca dziura

Składki emerytalne nalicza się indywidualnie ale jest to rachunek czysto symboliczny. Gros środków na nasze emerytury zarządza ZUS i są one na bieżąco wypłacane obecnym emerytom. Rachunki emerytalne w ZUS-ie nie zawierają prawdziwych pieniędzy. One zawierają jedynie wysokość długu jaki państwo ma przyszłemu emerycie spłacić, gdy nadejdzie czas odejścia z pracy. W efekcie wraz z dynamicznym starzeniem się społeczeństwa, coraz mniej pieniędzy pływa do ZUS-u w formie składek, a coraz więcej wypływa w formie na bieżąco wypłacanych emerytur. Powstaje dziura zasypywana co roku przez budżet. Zasypywana pieniędzmi pożyczonymi przez państwo na rynku. Co to oznacza? Oznacza to, że prędzej czy później tej dziury nie da się zasypać. Dzisiaj to 70 miliardów złotych rocznie. To prawie cztery programy „500 plus”. A kwota ta systematycznie rośnie. Wraz ze skróceniem wieku emerytalnego wzrośnie o dodatkowe 20 miliardów. Można zamiast tego płacić 1000 złotych na każde, także pierwsze dziecko. Zamiast komfortu pracy najkrócej w Europie.

Na koszt własnych dzieci

Budżet wydaje ok 30 miliardów na spłatę bieżących odsetek od długu. To pieniądze, które nie pracują dla społeczeństwa, nie budują zamożności, nie są inwestowane, nie podnoszą standardu życia. To pieniądze, które stanowią dodatkowy ukryty transfer środków od młodszych pracujących pokoleń do starszych. A transfer ten będzie dynamicznie rósł wraz z ubywaniem pierwszych i rosnącą liczbą tych drugich. Konsekwencje politycznie populizmu przy majstrowaniu przy emeryturach mogą być niszczące dla gospodarki społeczeństwa i perspektyw cywilizacyjnych całego kraju. Pieniędzy na emerytury już nie starcza. Będzie tylko gorzej w przyszłości. Nie trudno wyobrazić sobie co się stanie w kolejnych wyborach. Jedni obiecują emerytom 13. i 14. emeryturę. Inni 500 złotych. Populistycznymi hasłami kupuje się głosy ludzi starszych, bo rachunek za realizację tych haseł zapłaci w innym czasie inna ekipa. Co się stanie gdy nie starczy pieniędzy na wypłaty? Jaki interes ekonomiczny będzie dominujący przy kolejnych wyborach, biorąc pod uwagę fakt, że ludzi starszych przybywa i mają oni bardzo konkretny jednoczący ich cel ekonomiczny? Co się stanie gdy w kolejnych wyborach partie ścigające się na populistyczne obietnice wobec starszego elektoratu obiecają emerytom jeszcze więcej? Czy poszkodowani pracujący młodzi, których przecież kosztem te transfery socjalne muszą się odbywać, nie zbuntują się wobec niesprawiedliwości państwa? Czym to się skończy?

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Już dziś nie trudno przewidzieć czym skończy się zwrot w systemie emerytalnym. Reforma jest tak skonstruowana, że wicepremier Morawiecki nie powinien naiwnie liczyć, że ktokolwiek nie skorzysta z jej dobrodziejstw. Po prostu nie opłaca się nie przejść na emeryturę w najszybszym możliwym czasie. Dlaczego? Dlatego, że w przypadku ponownego zatrudnienia, a na rynku pracownika o to nie trudno, otrzymuje się i pensję i emeryturę. Mało tego, odprowadzając składki od miesięcznych przychodów podwyższamy emeryturę wraz z kolejnym rokiem zatrudnienia. To przypomina cudowne rozwianie dylematu ciastka. Można zjeść ciastko i jednocześnie je zachować. Dylemat emeryta sprowadza się do tego, czy odbierać swoją emeryturę w wysokości naliczonej ze składek odłożonych do minimalnego wieku emerytalnego, czy ograniczyć się wyłącznie do zarobków. Nie trzeba być geniuszem żeby przewidzieć, że zachęcenie kogoś do rezygnacji z dodatkowych dochodów w formie emerytury jest bardzo trudne. Rząd w tej sprawie zachowuje się schizofrenicznie. Z jednej strony tak skonstruował system, żeby nie opłacało się nie brać dodatkowego świadczenia w formie emerytury, z drugiej strony planuje wydanie poważnych pieniędzy na to by ludzi od tego powstrzymać.

Paranoja.

A ludzie zrobią to co leży w ich interesie. Zachowają się racjonalnie. Umówią się ze swoim pracodawcą, że rozwiążą umowę o pracę. Wystąpią o przyznanie emerytury i miesiąc później wrócą na etat. W efekcie będą pracować dalej, tyle że nas będzie to kosztować dodatkowo 20 miliardów. Nas, czyli pracujących młodszych. Jak długo jeszcze? Na ile wystarczy nam cierpliwości? Kiedy w końcu rzucimy się sobie do gardeł. Pracujący dlatego, że dotrze w końcu do nas , że pieniędzy na nasze emerytury nie będzie. Emeryci dlatego, że wysokość świadczeń nie będzie często starczać na przeżycie. Nie ma innego rozwiązania tego problemu. Jeśli żyjemy dłużej musimy dłużej pracować. Nasze dzieci nas nie utrzymają. Nie będą w stanie. Nie sądzę z resztą żeby chciały.

Jakub Bierzyński

Komentarze

Jacek Pi

25 listopada 2017

Nic dodać, nic ująć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *