Przegrywając wybory prezydenckie Kaczyński może stracić władzę. (Rzeczpospolita)

8 listopada 2019

Po wyborach parlamentarnych jedno jest pewne – dopiero kolejna elekcja może wyłonić zwycięzcę.

Choć Jarosław Kaczyński utrzymał władzę, to nie jest to już pozycja tak dominująca jak dotąd. Wewnątrz wyrośli mu prawdziwi koalicjanci (Zbigniew Ziobro, Jarosław Gowin), którzy coraz częściej stawiają warunki. Po prawej stronie zamiast ściany ma głośną i bezwzględną konkurencję w postaci Konfederacji, a opozycja przejęła Senat. Wynik wyborów prezydenckich może przesądzić nie tylko o tym, czy Jarosław Kaczyński będzie w stanie dalej prowadzić zmiany ustrojowe w kierunku populistycznego autorytaryzmu, ale także czy utrzyma władzę do końca kadencji.

Bez prezydenta, większości zdolnej do odrzucenia jego weta i kontroli nad Senatem zmiany ustrojowe: wymiana elit, oligarchizacja gospodarki, monopol medialny i utrwalenie własnej władzy na kolejne kadencje rozwiewają się jak fatamorgana. Zamiast władzy Kaczyńskiemu zostanie administracja. O tyle trudna, że w sytuacji nadchodzącego kryzysu, ekonomicznej zadyszki, naciągniętych do granic wydatków i coraz gorzej działającego upartyjnionego państwa, dysfunkcyjność tej ekipy będzie razić wyborców coraz bardziej. Skoro suweren odrzucił „prawdę” i historyczną „rację”, Jarosław Kaczyński nie dostał mandatu do zmian ustrojowych i wielki projekt zmian się załamał, to coraz bardziej wyborców drażnić będzie jakość codziennego życia: wzrost cen, zapaść służby zdrowia, katastrofa w edukacji, smog i koszty zdrowotne jakie za sobą niesie itp. Wynik kampanii prezydenckiej może przeważyć szalę zwycięstwa w walce o władzę i przyszłość polskiej demokracji. Dlatego dla obu stron jest to kampania kluczowa. Podstawowe pytanie dla opozycji brzmi: kto powinien być jej kandydatem? Czy możliwe jest wygranie wyborów? I w końcu fundamentalne: jak?

Od wyborów parlamentarnych upłynęły dwa tygodnie. Andrzej Duda ruszył w teren rozpoczynając własną kampanię, a opozycja nie jest w stanie zgodzić się w żadnej kwestii: ani kto powinien być jej kandydatem, ani w sprawie trybu jego wyłonienia, ani liczby potencjalnych pretendentów.

Najważniejszym pytaniem pozostaje oczywiście decyzja Platformy Obywatelskiej. To nadal najważniejsza opozycyjna siła polityczna w Polsce. Do niedawna w grę wchodziły trzy kandydatury. Po rezygnacji Donalda Tuska pozostały dwie. Wyborcy w badaniach wskazują na Małgorzatę Kidawę-Błońską. Zbuntowani działacze Platformy szukają świeżej twarzy. Grzegorz Schetyna gra na czas, rozgrywając wewnątrzpartyjne frakcje i licząc na to, że jego partyjni koledzy i koleżanki będą na tyle zajęci walką o wyłonienie kandydata, że kwestia przywództwa w samej PO zejdzie na dalszy plan, a bunt przeciwko niemu z czasem się wypali i Schetyna przeżyje kolejną wyborczą porażkę. Dlatego im później PO wyłoni kandydata, tym dla jej obecnego przewodniczącego lepiej.

Niestety lepiej także dla obecnie sprawującego urząd prezydenta. Andrzeja Dudę i Grzegorza Schetynę łączy w tej kwestii wspólnota interesów. Małgorzata Kidawa Błońska, po niewątpliwym sukcesie wyborczym, może stanowić dla Schetyny istotną konkurencję. W partii trwa bunt, do którego krystalizacji potrzeba jedynie ogłoszenia kandydatury na następcę przewodniczącego. Wydaje się, że Borys Budka czeka jedynie na odpowiedni moment. Gra na czas negatywnie wpływa na szanse przyszłego kandydata. Po pierwsze opozycja traci czas. Po drugie okazuje słabość, wewnętrzne konflikty i tarcia tym bardziej rażące, że po drugiej stronie stoi jednolita i zdyscyplinowana machina partyjna Prawa i Sprawiedliwości. Platforma powinna jak najszybciej wyłonić swojego kandydata i kandydatem tym, a raczej kandydatką, powinna być Małgorzata Kidawa-Błońska. Zestaw argumentów przemawiających za tą kandydaturą jest dosyć oczywisty. Po pierwsze: jak pokazują badania pani marszałek ma największe szanse – po prostu w starciu z Andrzejem Dudą, w drugiej turze, otrzymuje najwięcej głosów. Pamiętajmy, że mówimy o drugiej turze i zdolności mobilizacji niezdecydowanych wyborców będzie decydować o porażce lub zwycięstwie w tych wyborach. Dlatego powoływanie się na badania, w których pyta się respondentów o to, który ich zdaniem kandydat ma największe szanse na zwycięstwo, nie ma najmniejszego sensu. Nie ten zwycięży, który ma zdaniem przeciętnego wyborcy największe szanse, lecz ten, na którego większość chce głosować. I nie w pierwszej, lecz w drugiej turze. A tu zwycięzca sondaży jest jeden – i jest nim Kidawa-Błońska.

Donald Tusk wycofał się z wyścigu. I słusznie. Ma liczny elektorat negatywny. Jest postacią kontrowersyjną i ciągnie za sobą blaski i cienie siedmioletniej kadencji na stanowisku premiera. Tusk jest łatwym celem ataków jako symbol restauracji starego porządku, powrotu do tego jak było, a Polacy, niezależnie od przekonań politycznych, powrotu do tego co było już nie chcą. Tuskowi łatwo przypisać niepopularne decyzje: dla liberałów likwidację OFE, czyli „skok na nasze pieniądze”. Dla populistów – podwyższenie wieku emerytalnego, czyli „pracę aż do śmierci”, dla wszystkich – „ciepłą wodę w kranie” czyli bezideowość, bezwolność i polityczny dryf zakończony katastrofalną klęską wyborczą w 2015 roku, ucieczkę z kraju, egoizm itp.

Prezydent Rzeczpospolitej to głowa państwa i jedną z głównych jego ról, w oczach Polek i Polaków, jest jednoczenie narodu, rozstrzyganie sporów, mediacja. Donald Tusk nie był dobrym kandydatem do tej roli, Kidawa -Błońska – jest. Ten kandydat wygra wybory prezydenckie w maju przyszłego roku, który przekona Polaków, że jest w stanie ich zjednoczyć albo choćby, że będzie próbował. W tym tkwi największy potencjał pani marszałek i największa słabość Andrzeja Dudy.

Obecny prezydent jest stosunkowo łatwym celem w kampanii wyborczej. Nie spełnia roli jednoczącej jako głowa państwa. O swoim politycznym zapleczu, czyli PiS, mówi „my”. Jest symbolem podziałów, nie zgody: „to my właśnie jesteśmy ludźmi pierwszej kategorii. To nasze interesy przede wszystkim muszą tu być realizowane”. Bardzo trudno będzie mu pozbyć się partyjnej łatki, jaką z przyjemnością przyklejał swojemu poprzednikowi.

Po drugie: kampania wyborcza to dobry moment do rozliczenia obecnie sprawującego urząd kandydata ze składanych obietnic. Bilans Dudy wygląda bardzo źle. Ustawy frankowej nie ma. Rolnicy nie dostają dopłat w tej samej co na zachodzie wysokości. Renty i emerytury nie są zwolnione z podatków, a najniższy próg podatkowy nie został podwyższony.

Dorobek inicjatyw ustawodawczych prezydenta jest nikły. Jedyną istotną (obniżenie wieku emerytalnego) traktować należy jako część gry politycznej legitymizującej go na nowo objętym urzędzie. Armia, którą Andrzej Duda formalnie dowodzi, jest w stanie zapaści. Polska w polityce zagranicznej, którą nadzoruje, jest praktycznie zmarginalizowana.

I choć notowania prezydenta są nadal wysokie (60 proc. poparcia, jest numerem jeden w rankingach zaufania), to kampania wyborcza będzie dla niego bardzo kłopotliwa. Szczególnie, gdy po drugiej stronie stanie konkurentka nieobciążona przeszłością, z energią i uśmiechem potrafiąca obiecać Polakom lepszą przyszłość. A podstawową obietnicą opozycji w tych wyborach powinno być przywrócenie równowagi sił. Każda władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie. Prezydent powinien patrzeć władzy na ręce po to, by ukrócić bezkarność, powstrzymać afery. W ten sposób Duda może zostać przedstawiony jako odpowiedzialny za afery własnego obozu politycznego. Po prostu tolerował afery, nie wyciągał konsekwencji, nie miał nawet na tyle silnej pozycji i zdecydowania, by komentować karygodne zachowania władzy. Polakom taki prezydent nie jest potrzebny. Prezydent bierny, wręcz bezwolny. Opozycyjny kandydat powinien pójść do wyborów pod hasłami przywrócenia jedności, szacunku, równowagi władzy. Monopol demoralizuje. Jak pokazują badania (Polityczny cynizm Polaków, Sadura, Sierakowski) takie hasła znajdują poparcie większości, nawet wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Wbrew partyjnej propagandzie, zdecydowana większość (51 proc. wobec 30 proc.) uważa, że demokracja w Polsce jest zagrożona. Tyle, że w wyborach prezydencjach opozycja może zerwać z nieskuteczną propagandą ant-PiS i przedstawić wyborcom pozytywny program pod hasłem przywrócenia polityki „kontroli i równowagi”.

 

Opozycja może wygrać te wybory

Wybory prezydenckie są do wygrania także dlatego, że ze wszystkich elekcji – prezydenckie są w największym stopniu światopoglądowe, a w tej kwestii PiS coraz bardziej rozmija się ze społecznymi oczekiwaniami. Duda zapowiedział już głosowanie za całkowitym zakazem aborcji. 70 proc. Polek i Polaków jest przeciwko, a 53 proc. opowiada się za aborcją na życzenie. Za prawem par homoseksualnych do zawierania związków partnerskich jest 57 proc. wyborców (39 proc. przeciw). Wobec narastającej fali sekularyzmu i antyklerykalizmu kościelny anturaż poprzednich kampanii Dudy, pozycja na kolanach, tym razem może być dla niego bardzo kłopotliwa. Żeby to wykorzystać kandydat Platformy musi wykazać się odwagą. Kontynuacja polityki uników (prawa kobiet) czy wręcz sprzeczności (karta LGBT) – skończy się porażką. PiS wygrywa światopoglądową wojnę nie dlatego, że reprezentuje większość Polaków, ale dlatego, że nie ma jednoznacznej kontrpropozycji. Działacze PO są w ciągłej światopoglądowej defensywie.

Dla obecnego prezydenta ta kampania będzie trudna także z perspektywy bieżącej polityki. Nie będzie mógł podpisać się pod sukcesami PiS (500+, 13 emerytura itp.), w obawie o partyjną łatkę a porażki obozu władzy, pójdą na rachunek głowy państwa, bo albo jest to obszar jego odpowiedzialności (armia, polityka zagraniczna), albo odpowiedzialnością jest powstrzymanie się od weta (edukacja, służba zdrowia).

Pozostaje pytanie jak go pokonać? Jestem przeciwny pomysłowi prawyborów. Po pierwsze czas w tej kampanii jest jednym z najistotniejszym czynników. Festiwal demokracji nie jest wart tych miesięcy, jakie miałby trwać. Po drugie – gdy Tusk zrezygnował nie widać poza Kidawą Błońską poważnych kontrkandydatów, którzy mogliby stanąć realnie do wyścigu o nominację. Po trzecie prawybory to także koszty w postaci ujawnienia wewnętrznych sporów i politycznych ambicji. W sytuacji, gdy przeciwnik jest zdeterminowany, zjednoczony i doskonale zorganizowany, prawybory przekształciłyby się w festiwal sporów i słabości. PO nie może sobie na to dzisiaj pozwolić. I po czwarte: to sposób na przedłużenie agonii przywództwa Grzegorza Schetyny, a partia ze słabym przywództwem do łatwy przeciwnik. Zmiany trzeba dokonać szybko i zdecydowanie. Platforma nie potrzebuje dzisiaj wizjonera. Potrzebuje sprawnego organizatora, który ma przed sobą jeden cel: zwycięstwo w kampanii prezydenckiej. Tylko tyle i aż tyle.

Wspólnego kandydata opozycji na prezydenta wyłonią wybory powszechne w pierwszej turze. Na szczęście ordynacja powoduje, że przy wielu pretendentach szanse Dudy na wygraną w pierwszej turze maleją, a nie rosną. Dzieje się tak z prostego powodu – alternatywne propozycje mobilizują elektorat wielu kandydatów. Pierwsza tura to doskonały moment do tego, by potencjalni przywódcy opozycji realnie policzyli swoje głosy. Przegrani z czystym sumieniem mogą przekazać swoje głosy tej osobie, która zmierzy się z Dudą w drugiej turze. To mechanizm, który nie marnuje głosów pod pozorem sztucznej jedności. Daje ludziom realny wybór, jednocześnie nie rozdrabniając głosów.

Scenariusz prowadzący do zwycięstwa jest prosty. Niech przeciw sobie staną Małgorzata Kidawa-Błońska, Robert Biedroń i Władysław Kosiniak-Kamysz – i ktokolwiek jeszcze czuje się na siłach. Byle szybko. Kampania prowadzona w dyskursie przeciw sobie, marginalizująca Andrzeja Dudę, byłaby dla niego zabójcza. To będą najważniejsze wybory po 1989 roku. Ani władza, ani opozycja nie ukrywają, że ich stawką jest przyszły ustrój kraju. Kaczyński zaostrzając polityczny kurs po wyborach nie ułatwia swojemu kandydatowi zadania. Uroczyste nominacje Piotrowicza i Pawłowicz na sędziów Trybunału Konstytucyjnego mogą stać się symbolem serwilizmu prezydenta wobec prezesa. Opozycja ma w ręku wszystkie karty: słabego konkurenta, sprzyjającą ordynację wyborczą, a przede wszystkim, jak pokazały wybory parlamentarne, o blisko milion głosów więcej. Wystarczy tylko tego nie zmarnować.

Jakub Bierzyński

Komentarze

MMarek

10 listopada 2019

To nie tak, że ogłoszenie poparcia dla kandydata opozycji,który wygra pierwszą turę da mu gwarantowane głosy wyborców głosujących w pierwszej turze na kandydata przegrywającego.
W przypadku wyborców PO to możliwe, ale w przypadku Lewicy już trochę mniej a w przypadku PSL zupełnie niekonicznie.Dla tych ostatnich po ich własnej partii kolejną popieraną będzie w wielu wypadkach PIS a nie PO.I ten kierunek myślenia na MKB nie może być bardziej życzeniowy niż faktyczny. Jeśli Pan doradza PO to radziłbym zrobić badania na B. Arłukowicza. O ile MKB będzie dla ludzi z wsi i mniejszych miasteczek „Panią z miasta”, o tyle Arłukowicz będzie dla wielu „swoim chłopem”. Trochę podobnie może być w niektórych kręgach wyborców Lewicy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *