PiS słabnie? To mit. A to nie koniec złych wiadomości (Newsweek 06,06.2023

14 lipca 2023

Trzeba porzucić mit o tym, że PiS słabnie. Dane pokazują, że zdolności mobilizacyjne partii rządzącej są daleko większe niż opozycji. Oparta na nienawiści, ksenofobii, zideologizowana propaganda działa. Kaczyńskiemu w dużej mierze udało się ulepić tożsamość nowego Polaka.

“Olbrzym się obudził” – jeśli Tusk miał na myśli własną partię, to ma rację, jeśli chodziło mu o społeczeństwo obywatelskie broniące własnych praw, to niestety grubo się myli. Gigantyczna frekwencja na marszu 4 czerwca w Warszawie, po którym notowania Koalicji Obywatelskiej poszybowały, dała demokratycznej opozycji fałszywe poczucie sukcesu. “PiS słabnie”, “nie ma pomysłu na kampanię”, “zwyciężymy!”. Nic bardziej mylnego.

Wyniki badań są jednoznaczne – opozycja wchodzi w kampanię wyborczą tak słaba, jak dawno nie była, poparcie dla autorytarnych partii rośnie. Kształt politycznej układanki jest dla demokratów wyjątkowo niekorzystny i na razie perspektywa zwycięstwa opozycji po marszu 4 czerwca oddala się, zamiast przybliżać. Powszechny optymizm jest całkowicie nieuzasadniony.

Tak, dynamicznie rosną notowania Platformy Obywatelskiej, lecz dzieje się to wyłącznie kosztem innych partii demokratycznych. Opozycja zjada własny ogon. PO kanibalizuje partnerów. Tymczasem autokraci rosną w siłę. Według Sondażu Obywatelskiego od kwietnia do czerwca tego roku elektorat demokratyczny praktycznie się nie zmienił, podczas gdy PiS przybyło 860 tys. wyborców. W wariancie jednej listy dysproporcje tempa wzrostu widać jeszcze lepiej. Opozycja wspólną listą mobilizuje 200 tys. nowych wyborców, PiS i Konfederacja – pięć razy więcej. Autokratom przybyło ich milion! Sondaż obywatelski — podział mandatów w Sejmie Foto: Newsweek

Sondaż Obywatelski nie jest anomalią. Ten sam trend potwierdzają wszystkie badania społeczne. Pod koniec zeszłego roku suma poparcia partii opozycyjnych wynosiła 53 proc. wobec 38 proc. PiS i Konfederacji (średnia wszystkich sondaży – ewybory.eu). Dzisiaj bilans wynosi 47 do 45 proc. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy 15-punktowa przewaga demokratów stopniała do marnych 2 pkt. To nie wygląda na drogę do zwycięstwa.

A to nie koniec złych wiadomości. Marna przewaga głosów coraz gorzej przekłada się na mandaty. Wynik wyborów to nie gra w procenty w sondażach, lecz liczba posłów w Sejmie. O to toczy się polityczna gra. Liczba mandatów wyznacza zwycięzcę. Gdy wziąć przeliczenie głosów na mandaty, sytuacja opozycji wygląda dramatycznie. Według średniej z sondaży z czerwca (rekordowe 17 badań) opozycja przegrywa wybory z kretesem, zdobywając 215 miejsc na Wiejskiej. Klęska. Ostatni raz tak źle było w notowaniach z kwietnia 2022 r. Od lipca zeszłego roku do stycznia 2023 r. opozycja, niezależnie od formuły, w jakiej startowałaby w wyborach (razem czy osobno), mogła być pewna zwycięstwa. Snuto nawet marzenia o przewadze pozwalającej na odrzucenie weta prezydenta. Po tych marzeniach nic nie zostało.

Dzisiaj marzeniem jest choćby jednomandatowa przewaga. A stało się tak z jednego powodu – dynamicznego osłabienia mniejszych partii koalicyjnych: Lewicy i Polski 2050. Jeszcze sześć miesięcy temu miały one odpowiednio 9,1 i 10,1 proc. poparcia. Dziś Lewica jest o 20 proc. słabsza, a partia Szymona Hołowni wraz z PSL ledwo kolebie się nad progiem wyborczym, zgubiwszy jedną trzecią dawnej siły. I cóż, że Platforma Obywatelska rośnie, gdy pozostali tracą szybciej, niż lider zyskuje. To nie tylko fatalnie przekłada się na sumę notowań wszystkich partii, ale jeszcze gorzej na podział mandatów.

Jeśli nawet oprzeć się na wynikach najbardziej łaskawego dla opozycji sondażu Kantara, w którym notowania PO i PiS wyrównują się do 31 proc., i przeliczyć ten wynik na mandaty, to okaże się, że opozycja przegrywa, zdobywając jedynie 220 miejsc w Sejmie. Dlaczego? Bo metoda D’Hondta przy dzieleniu mandatów działa w ten sposób, że Konfederacja mająca 11 proc. poparcia zgarnia 51 mandatów, podczas gdy Lewica wraz z Trzecią Drogą w sumie, mając 12 proc., dostają ich jedynie 36. I to jest przyczyna słabości opozycji. Słabość mniejszych ugrupowań. Szybko tracąc poparcie, jeszcze szybciej tracą potencjalne mandaty.

Opozycja nie jest silna swą najsilniejszą partią, lecz słaba swoją najsłabszą. Trzecia Droga, mając 30 proc. więcej głosów niż Lewica, zgarnia ponad cztery razy więcej mandatów. Gdyby odjąć dwa 2 pkt proc. liderowi opozycji, równo obdzielając Lewicę i Trzecią Drogę 1 pkt, ta drobna zmiana dawałaby opozycji o trzy mandaty więcej przy tej samej w sumie liczbie głosów. D’Hondt po prostu nie lubi małych partii na granicy progu wyborczego, ale jeszcze bardziej tych pod progiem.

Niestety, i Lewica, i koalicja Hołowni z Kosiniakiem niebezpiecznie zbliżają się do krawędzi katastrofy. Już teraz, żeby opozycja mogła wygrać wybory przy obecnych notowaniach Lewicy i Trzeciej Drogi, Koalicja Obywatelska musiałaby zdobyć ponad 37 proc. głosów. To trudne zadanie staje się jeszcze trudniejsze, gdyby Lewica spadła poniżej progu. Jeśli zabraknie jej choćby jednego głosu, to KO musiałaby zdobyć aż 38 proc., by skompensować tę stratę. Ale to jeszcze nic – upadek koalicji 2050 z PSL praktycznie odbiera Tuskowi marzenia o byciu premierem. Aby utrzymać choćby minimalną przewagę w parlamencie, KO musiałaby cieszyć się wynikiem aż 42 proc., a takiego Platforma nie miała w swej historii nigdy. Gdy do Trzeciej Drogi pod progiem dołącza Lewica, nie zmienia to zbytnio skali wyzwania. Skompensowanie utraty obu potencjalnych koalicjantów wymagałoby od Platformy zdobycia mniej niż 1 pkt proc. wyborców.

Z tych analiz wynika jednoznacznie, że kluczem do zwycięstwa jest kondycja sojuszu Hołowni z Kosiniakiem. To liczba głosów oddanych na Trzecią Drogę przeważy wynik wyborów. Tusk nie jest w stanie wygrać samodzielnie, gdy ich zabraknie w stawce. Gdyby Trzecia Droga osunęła się poniżej progu, strata ta byłaby nie do odrobienia, niezależnie od tego, czy Lewica dostaje się do Sejmu, czy też nie.

Trudno oczekiwać od Tuska, by zrezygnował z własnej kampanii na rzecz konkurentów. On po prostu nie miał wyjścia. Po miesiącach jałowych i wyniszczających wizerunek opozycji negocjacjach w sprawie wspólnej listy musiał postawić na własną partię i rozpocząć samotny wyścig po zwycięstwo. Trudno mieć do niego pretensje, że robi to skutecznie. Notowania Platformy idą w górę, niestety kosztem mniej zdolnych konkurentów. I tak jak można przypisywać Tuskowi obniżenie notowań Lewicy, tak trudno go winić za upadek Szymona Hołowni. Platforma wyraźnie postawiła w kampanii na nowoczesność światopoglądową, przejmując tym samym główne hasła lewicowych konkurentów: prawa kobiet, w szczególności prawo do aborcji, związki partnerskie i obrona osób LGBT, zdecydowana krytyka Kościoła.

Jeśli więc ktokolwiek mógłby mieć pretensje do Tuska, to jedynie Lewica za poparcie ich tożsamościowych postulatów. Tymczasem to Szymon Hołownia najczęściej atakuje Tuska, widząc w nim swojego prześladowcę. Szkoda, że jako jedyny był przeciwnikiem “paktu sejmowego” opozycji. Paktu, który zakładał powstrzymanie się od wzajemnych ataków oraz deklarację stworzenia wspólnego rządu po wyborach.

Trzeba porzucić mit o tym, że PiS słabnie. Dane pokazują, że zdolności mobilizacyjne partii rządzącej są daleko większe niż opozycji. Oparta na nienawiści, ksenofobii, zideologizowana propaganda działa. Kaczyńskiemu w dużej mierze udało się ulepić tożsamość nowego Polaka. Przykład Turcji pokazuje, że wybór tożsamościowy jest odporny na kryzys gospodarczy. W anegdotycznym skrócie sprowadza się on do stwierdzenia: “Choćbym kamienie jadła, na Tuska nie zagłosuję. Nigdy!”.

Tymczasem opozycja wyczerpała możliwość podwyższenia wyników poprzez zabiegi formalne. Jeszcze dwa miesiące temu koalicja PSL z PL2050 dawała wynik podobny do zjednoczonej opozycji. Dzisiaj nawet wspólna lista nie daje pewnego zwycięstwa, jedynie kruchą, dwumandatową przewagę. W porównaniu z osobnym startem jedna lista przynosiła stratę 790 tys. głosów opozycji w kwietniu i 530 dzisiaj. Tyle tylko, że autokraci znacznie zwiększyli możliwości mobilizacji własnego elektoratu. Wspólna lista opozycji w marcu nie wpływała na sumę głosów dla PiS i Konfederacji, teraz daje im dodatkowe 200 tys. Co gorsza, traci na tym PiS (ponad 600 tys. głosów), ale dramatycznie zyskuje Konfederacja (+800 tys.).

Ponieważ system D’Hondta premiuje najbardziej średnie partie, wzmocnienie Konfederacji kosztem PiS przekłada się na bardzo niekorzystny dla opozycji podział mandatów. Wspólna lista co prawda daje jej 200 tys. głosów więcej niż w kwietniu, lecz w tym samym czasie autokraci zmobilizowali prawie milion nowych wyborców. W efekcie jedna lista opozycji przegrywa 42,3 do 45,8 proc. Co prawda zjednoczona opozycja dostaje premię za najwyższy wynik, ale jest ona skromna. Wystarcza na chwiejną przewagę w parlamencie.

Wniosek tej analizy jest jeden – dzisiaj jedna lista nie jest już receptą na zwycięstwo, lecz jedynie obroną przed porażką. Jeszcze sześć miesięcy temu wspólna lista była sposobem na zapewnienie opozycji dominacji, smutno przyznać, ale dzisiaj może być jedynym sposobem na przeżycie.

Niech nie usypia nas dobry wynik Platformy w sondażach. Nie tu leży klucz do zwycięstwa opozycji. Liczą się wyłącznie mandaty. A tu sytuacja jest dramatyczna i wymaga od wszystkich liderów partii demokratycznych wyjścia ponad partyjne interesy. Program minimum to ścisła współpraca. Podział ról. Tusk powinien zostawić kwestie światopoglądowe Lewicy, dając jej więcej politycznego powietrza, a skoncentrować się na gospodarce, podatkach, adresując swój przekaz do pracujących Polaków, próbując odbić wyborców Konfederacji. Hołownia musi przestać obwiniać Tuska o własne porażki, a skoncentrować się na dotarciu do wahających się wyborców PiS i niezdecydowanych, pokazując się jako konserwatywna alternatywa dla PiS.

Cała opozycja powinna przedstawić “pakt sejmowy” i propozycje składu przyszłego rządu. W ten sposób pokaże jedność, przejmie inicjatywę, a przede wszystkim udowodni wyborcom, że jest gotowa do przejęcia władzy. Gdy notowania Lewicy, a przede wszystkim Trzeciej Drogi, spadną poniżej progu wyborczego, wspólna lista jest jedyną szansą na uratowanie wyników wszystkich partii demokratycznych razem i każdej z osobna. Sam Donald Tusk nie odrobi porażki Szymona Hołowni.

To będą najważniejsze wybory od odzyskania wolności w 1989 r. Ich wynik leży w rękach wszystkich liderów partii demokratycznych. Bez daleko idącej współpracy przegrają. Przegra polska demokracja, przegramy wszyscy. W pojedynkę żaden z nich nie może liczyć na zwycięstwo. Nawet rosnący w siłę Donald Tusk. Czas najwyższy zacząć współpracować. Opozycja demokratyczna, wbrew powszechnej radości z sondaży, na naszych oczach właśnie tonie. A drugiej szansy nie będzie.

Jakub Bierzyński