PiS może sfałszować wybory. Jest aż osiem argumentów za i nie ma żadnego przeciw. (Gazeta.pl)

14 marca 2018

Nie wierzę w argument Piotra Skwiecińskiego, że większość prawicy nie zgodzi się na sfałszowanie wyborów przez PiS. Większość prawicy w tej sprawie nie będzie miała nic do gadania. Panie Skwieciński, proszę wskazać choć jedną kwestię, w której prezes liczył się z waszym zdaniem.

Do grona symetrystów – dość zatłoczonego przez lewicę – dołączył ostatnio Piotr Skwieciński. Na łamach Gazeta.pl twierdzi, że demokratyczna opozycja oraz jej wyborcy demonizują Kaczyńskiego. „Sumą wszystkich strachów” ma być nasza obawa przed sfałszowaniem wyborów przez PiS. Obawa według Skwiecińskiego całkowicie bezpodstawna.

W jednym się ze Skwiecińskim zgadzam – wyborcom przegranych partii bardzo trudno zaakceptować aktualny wynik wyborczy. Zawsze pojawia się podejrzenie, że „coś z tymi wyborami było nie tak, bo przecież nie znam nikogo kto głosował na zwycięską partię”. Żyjemy w bańkach informacyjnych, grono znajomych (również na Facebooku) dobieramy według preferencji światopoglądowych, a najbardziej lubimy słuchać tych, którzy potwierdzają nasze własne przekonania.

Po kolejnych klęskach wyborczych PiS (a przecież było ich aż osiem!) słyszałem od wyborców prawicy, że wybory, co prawda, odbywają się w Polsce, ale wyniki liczone są w Moskwie. Bajki o serwerach Państwowej Komisji Wyborczej zlokalizowanych jakoby w Rosji stanowiły nieudolną próbę osłodzenia kolejnej porażki. Podobnie było z ostatnimi wyborami samorządowymi. Wysoki odsetek głosów nieważnych posłużył prawicy do zakwestionowania wyników.

I tu dochodzimy do pierwszej rysy na symetrycznym obrazie dwóch światów, który Skwieciński rysuje. Kierownictwo PiS wykorzystało wady regulaminu wyborczego (skutkowały one mylącym wyglądem książeczek do głosowania) do publicznego podważenia wyników wyborów. To były już nie plotki o fałszerstwach KGB i czarnych spiskach, lecz oficjalny wniosek w Parlamencie Europejskim o debatę i rezolucję w tej sprawie. Dzisiaj tygodnik „Sieci”, w którym Skwieciński pracuje, nazwałby takie działanie „zdradą Polski” i „donoszeniem za granicę”, prawda? W grudniu 2014 roku Jarosław Kaczyński wezwał do marszu protestu: „Te wybory zostały sfałszowane, można to określić tylko jednym słowem: hańba”.

Podsumujmy: z jednej strony są rozczarowanie, wątpliwość i nieuznawanie klęski własnego obozu wyrażane w internetowych komentarzach, a z drugiej – manipulacja polityczna na międzynarodową skalę. Kaczyński nie zawahał się „szkalować Polski za granicą”, mówiąc dzisiejszym językiem. Nie miał skrupułów przed atakiem na fundament demokratycznego państwa, jakim jest akt wyborczy, w celu realizacji własnych politycznych interesów. Zrobił wszystko, by przekuć opisywany przez Skwiecińskiego resentyment na mobilizację własnych zwolenników wokół poczucia krzywdy i niesprawiedliwości jako podstawowego spoiwa własnej formacji. Przy okazji zyskał usprawiedliwienie swojej klęski: „oszukali”. Czy Skwieciński widzi różnicę? Dla mnie wydaje się oczywista.

Pawłowicz mówi wprost: „Tak, łamiemy prawo”

Pisze Skwieciński, i słusznie, że dzisiejsza opozycja i jej zwolennicy najbardziej boją się manipulacji przy akcie wyborczym. Dlaczego? Spróbuję to Skwiecińskiemu wyjaśnić.

Po pierwsze dlatego, że prawica straciła według nas wiarygodność jako uczestnik demokratycznego ładu politycznego i społecznego. Rządząca partia zmienia ustrój Polski bez wymaganej prawem konstytucyjnej większości. Zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego, wprowadzenie ustaw podporządkowujących sądy partii rządzącej, odmowa publikacji wyroku TK to jawne akty złamania konstytucji. Po okresie zaprzeczania oczywistości funkcjonariusze partyjni już nawet przestali udawać. Posłanka Krystyna Pawłowicz potwierdziła oficjalnie, w mediach, że jej partia ma pełną świadomość nielegalności własnych czynów. Skoro można nie przestrzegać praw fundamentalnych, takich jak konstytucja, skoro można wykorzystać bezkarność, jaką daje pełna i wyłączna kontrola nad państwem i aparatem przymusu, to jaką gwarancję ma mniejszość, że jej prawa wyborcze będą nadal respektowane? Niech Skwieciński powie nam na serio: jaką?

Po drugie, styl sprawowania rządów napawa nas najwyższym niepokojem. „Pakiet demokratyczny” Jarosława Kaczyńskiego to nic innego jak rządy butne i brutalne. Ustawy przepychane są przez parlament nocą, bez konsultacji społecznych. Prawa opozycji są nagminnie łamane (wykluczanie posłów, ograniczanie dyskusji, skandaliczne prowadzenie posiedzeń komisji sejmowych, kary, limitowanie wystąpień itp.). Budżet państwa został przyjęty w okolicznościach urągających jakimkolwiek standardom państwa prawa, co jest przedmiotem dochodzenia. Ośrodek rzeczywistej władzy w Polsce znajduje się poza parlamentem i nie ponosi żadnej odpowiedzialności za decyzje, które podejmuje. Oficjalna propaganda realizowana przez przekazy dnia oraz nachalną propagandę rządowych mediów nagminnie stosuje język wykluczenia wobec opozycji parlamentarnej. Jej działacze nazywani są zdrajcami, donosicielami, targowicą, namawia się ich do przycięcia obywatelstwa innych państw i do wyjazdu. Zarzuty reprezentowania obcych interesów, bycia „nie-Polakiem” są na porządku dziennym. Zapowiedzi repolonizacji mediów budzą w nas grozę. Bo widać jak na dłoni, że celem władzy jest monopolizacja przekazu w takiej właśnie formie.

Czego chce naród? Kaczyński wie najlepiej

Po trzecie, pełzający zamach stanu, z którym mamy w Polsce do czynienia, spowodował całkowite upartyjnienie państwa. Do tej pory, niezależnie od rządzącej formacji politycznej, panowała ustrojowa zgoda co do tego, że aparat państwowy powinien pozostać niezależny od bieżącej polityki. Politycy mieli wyznaczać cele i metody ich realizacji. Fachowi urzędnicy zatrudnieni w służbie cywilnej mieli je sprawnie i profesjonalnie realizować. Po tej idei nie pozostał ślad. Tysiące działaczy partyjnych obsiadło wszystkie lepiej płatne posady w administracji, urzędach, spółkach skarbu państwa, wojsku i policji. Teraz ten sam proces przebiega w wymiarze sprawiedliwości. Państwo przestało być arbitrem, bezstronną machiną wykonawczą w politycznym sporze. Partia je przejęła. Całkowicie. Czy w pełni upartyjniony aparat biurokracji podda się werdyktowi wyborczemu, po którym straci pozycję, władzę, dochody?

Po czwarte, prawica robi wiele, żeby nas w opisanym przez Skwiecińskiego lęku utrzymywać. Kapitał zaufania społecznego, do tej pory w Polsce bardzo słaby, został teraz całkowicie zniszczony. Zarzuty fałszerstw wyborczych formułowane przez Kaczyńskiego cztery lata temu to był dopiero początek. Brutalny styl rządów, zamach konstytucyjny, nachalna propaganda, a przede wszystkim wszechobecne kłamstwo skutecznie zniszczyły jego resztki. Kłamią wszyscy i robią to nagminnie. Kłamie premier (stosunki z USA są świetne, Żydzi w Polsce znaleźli bezpieczną przystań, budżet ma nadwyżkę, ściągalność VAT), kłamie prezydent (Polska w ruinie, prywatyzacja lasów, konsultacje zawetowanych ustaw sejmowych itp.), kłamie prezes rządzącej partii (Smoleńsk, pakiet demokratyczny, Polska wyspą tolerancji i wolności), kłamią wszyscy. Kłamstwo przestało być wstydliwą wpadką. Jest teraz metodą sprawowania władzy. W państwie kłamstwa obawy o praworządność są całkowicie uzasadnione. Proszę się temu nie dziwić.

Po piąte, wypowiedzi partyjnych prominentów i narracja rządowych mediów od początków sprawowania rządów do dzisiaj konsekwentnie utożsamiają rządzącą partię z państwem i narodem. Opozycja, protestując, dopuszcza się zdrady przeciw narodowi i ojczyźnie. Polska jest atakowana, nie rząd. Naród jest obrażany, a nie krytykowany premier. Polska robi to lub tamto. Polska coś proponuje. Polska dyskutuje lub Polska się nie zgadza. Prawicowi politycy, publicyści i media wiedzą doskonale, czego chcą i co myślą Polacy. Polacy popierają rząd. Polacy kochają Beatę Szydło itp. Proszę zrozumieć, niepokojem napawa nas perspektywa, gdy wyniki wyborów okażą się niezgodne z tak pojętą wolą Polaków. Naród się przecież nie myli, a suweren jest tylko jeden. Rządząca partia i jej akolici przypisują sobie wyłączność na wiedzę o tym, czego ów mityczny suweren naprawdę chce i co myśli. To rodzi w nas, demokratach, nieznośnie przypuszczenie, że prezes już się dawno z suwerenem utożsamił. A jeśli tak, to obawa, że ON wie lepiej, co naród chce i czego żąda, niż świadczy o tym suma głosów tych, którzy poszli do urn wyborczych, staje się dręczącym koszmarem.

Po szóste, niepokój narasta, dlatego że nie potrafimy zrozumieć celu, w jakim zmienia się ordynacje wyborczą i regulamin głosowania. Dotychczasowe doświadczenia wyborcze nie były najlepsze, to fakt. Państwowa Komisja Wyborcza wiele razy zawiodła. Były to jednak nie kwestie merytoryczne, wpływające na wynik wyborczy, ale problemy organizacyjne i administracyjne w liczeniu głosów. Tymczasem następna reforma nie rozwiązuje faktycznych problemów, lecz wykorzystuje je jako pretekst do upartyjnienia kolejnej sfery życia publicznego. To urzędnicy państwowi, mianowani przez partię, będą sprawowali kontrolę nad procesem wyborczym. We mnie budzi to dokuczliwe pytania: po co? Dlaczego? W jakim celu?

Widmo kary krąży nad PiS

Po siódme, partia rządząca ma wielokrotnie poważniejszą motywację do utrzymania się u władzy za wszelką cenę. Na szali następnych wyborów leży bowiem nie tylko kariera polityczna jej działaczy, ale też w wielu przypadkach lęk przed odpowiedzialnością. Opozycja już zapowiedziała postawienie obu premierów i prezydenta przed Trybunałem Stanu. Jarosław Kaczyński musi się liczyć z dochodzeniem prokuratorskim w sprawie podżegania do przestępstwa polegającego na łamaniu konstytucji. Skala mniej lub bardziej widocznej korupcji i kumoterstwa w administracji i spółkach skarbu państwa przekroczyła wszelkie wyobrażenia. Kasta rządząca dostała zgodę na szaber mienia państwowego i ze zgody tej skwapliwie korzysta. Podległa partii prokuratura gorliwie ściga przeciwników politycznych i daje gwarancję bezkarności swoim. Po ostatnich rządach „walki z układem” Kaczyński zdał sobie sprawę z tego, że nikt tych rządów nie bronił, bo nie miał czego. Tym razem tego samego błędu nie popełnił. Swym żołnierzom ogłosił: „miasto jest wasze”, a oni skwapliwie posłuchali przyzwolenia i aktywnie konsumują materialne owoce swego politycznego zwycięstwa. Nie trzeba być wielkim politologiem, żeby przewidzieć ogromną presję aparatu przy kolejnych wyborach. Musimy wygrać! Wielu z nich nie będzie walczyło o swe światopoglądowe ideały, nie o prawo do realizacji politycznych planów i światopoglądowych wizji, nawet nie o władzę i przywileje, ale o majątek, a często o osobistą wolność. Nic tak nie mobilizuje do bezwzględnego posłuszeństwa rozkazom, jak widmo odpowiedzialności. Tym razem stawka będzie niebotycznie wysoka.

Po ósme, nie wierzę w argument, że większość prawicy nie zgodzi się na sfałszowanie wyborów. Panie Skwieciński, z całym szacunkiem dla Pana i pańskich koleżanek i kolegów, zapewniam Pana, że większość prawicy w tej sprawie nie będzie miała nic do powiedzenia. O tym, czy i jak manipulować wynikiem wyborów, będzie decydował jeden człowiek. Ani Pańskie zdanie, ani zdanie większości nie będą miały żadnego znaczenia. I ja, i Pan doskonale o tym wiemy. Nie po to prezes ćwiczy od lat swój aparat w absolutnym poddaństwie, by w tak kluczowych decyzjach musieć się liczyć z kimkolwiek poza własną wolą. Partia, administracja państwa i prawicowi publicyści – zagracie taką melodię, jaką dostaniecie w przekazie dnia. Pańskie deklaracje o samodzielnym zdaniu kogokolwiek: jednostek, poszczególnych środowisk politycznych czy mitycznej większości, są całkowicie niewiarygodne, wręcz naiwne. Proszę wskazać choć jedną kwestię, w której prezes liczył się z waszym zdaniem? Traktujmy się, proszę, poważnie.

Prezes PiS ma bujną wyobraźnię

W jednym się z Panem zgadzam: ordynarne fałsze wyborcze wprost, typu rosyjskiego (wożenie ludzi autobusami pomiędzy lokalami wyborczymi, dosypywanie głosów do urn, fałszerstwa w liczeniu głosów itp.) są trudne, ryzykowne, łatwe do wykrycia, budzące skrajne oburzenie i jako takie politycznie nieopłacalne. Nie spodziewam się brutalnych fałszerstw na rympał. O wiele bardziej prawdopodobne są manipulacje wyborcze pod pozorem prawa. Doskonałą metodę stanowi wykorzystanie podległej partii prokuratury do postawienia zarzutów kryminalnych kandydatom opozycji, wykorzystanie służb do kompromitacji przeciwników oraz mediów, by fakt ten maksymalnie rozpropagować. Ta ostatnia metoda jest o tyle prawdopodobna, o ile partia, którą pan popiera, już raz skutecznie się nią posłużyła przy okazji poprzednich wyborów. Afera taśmowa otworzyła wszak PiS drzwi do władzy.

Największym niepokojem napawa mnie jednak nie tyle perspektywa fałszerstw wyborczych czy manipulacji, ile całkowita i jednoznaczna odmowa przyjęcia do wiadomości niekorzystnego dla partii wyniku wyborów. Po prostu Jarosław Kaczyński zdecyduje o nieuznaniu wyborów z dowolnie wybranego powodu. Już widzę, jak uśmiecha się Pan z politowaniem: to przecież niemożliwe, żyjemy w Europie, demokracja jest niezagrożona. Rozumiem Pana, sam pocieszałem się w ten sam sposób. Do czasu. Do czasu, gdy zniszczono TK. Do czasu, gdy złamano konstytucję. Kiedyś fakt, że rząd może odmówić publikacji obowiązującego i ostatecznego wyroku Trybunału, też nie mieścił się w głowie. Mam szacunek do wyobraźni Jarosława Kaczyńskiego. Jestem przekonany, że w jego głowie mieści się znacznie więcej niż w mojej i w Pańskiej.

Nie wiem, czy ten czarny scenariusz się ziści. Nie założę się z Panem. Ale samo to, że jest możliwy, napawa mnie przerażeniem. Jest możliwy, bo aparat partyjny wykona każde polecenie. Jest możliwy, bo państwo zostało całkowicie upartyjnione. Jest możliwy, bo policjanci już dzisiaj biją pięściami skutych kajdankami przeciwników politycznych władzy. Jest możliwy, bo obaj wiemy, że aparat siłowy się nie zawaha i wykona rozkazy prezesa. Jest możliwy, bo wybrana przez niego izba Sądu Najwyższego będzie formalnie decydować o ważności wyborów. Nie wiem, czy taką decyzję Jarosław Kaczyński podejmie. Nie chcę wchodzić w dyskusję, czy taki scenariusz jest prawdopodobny czy nie. Przerażeniem napawa mnie fakt, że to jest w ogóle możliwe.

Nie liczę na to, że zrozumie Pan powagę sytuacji. Bańki naszych przekonań są pewnie zbyt szczelne. Liczę na to że zrozumie Pan, skąd bierze się mój niepokój. Pan mówi: „nie bójcie się pająka. On nie jest taki straszny”. Jest, ponieważ jego jad jest śmiertelny. My – potencjalne ofiary – naprawdę mamy powody do lęku. Na koniec powiem Panu jedno: mam szczerą nadzieję, że to Pan ma rację. Serdecznie tego życzę Polsce i nam obu.

Jakub Bierzyński

Komentarze

waldek k

14 marca 2018

to nie jest tak, że oni kłamią
oni tylko RACJONALIZUJĄ
niestety

MMarek

15 marca 2018

Trudno tutaj cokolwiek podważać. Celne do bólu.

Dorota K

15 marca 2018

Kuba , Mnie też napawa to przerażeniem. Scenariusz, o którym piszesz jest możliwy.

Jakub Bierzyński

15 marca 2018

Niestety. Wszystko zostało przygotowane by można było podjąć decyzję o nieuznaniu wyniku wyborczego. Przy tak gigantycznych zmianach kodeksu wyborczego po pierwsze partia ma nad nim całkowitą kontrolę (nieważne kto głosuje ważne kto liczy głosy), ale także spodziewać się można gigantycznego bałaganu (nie ma kamer, urn, ludzi itp). W takiej sytuacji łatwo będzie zgłosić protesty wyborcze. To mianowani przez partię sędziowie będą orzekali od ich zasadności. Wyroki TK pisane są na Nowogrodzkiej. Orzeczenia SN także będą tam powstawać. To Kaczyński jednoosobowo będzie decydował o tym czy uzna wyniki wyborów czy nie. Tak wygląda sytuacja. W dzisiejszej gazeta.pl Skwieciński przyznaje że tak jest ale że Kaczyński z tej możliwości nie skorzysta. Ciekawe. Po co kupować pistolet skoro nie chce się strzelać? Skąd u Skwiecińskiego pewność jakie intencje ma prezes? Powiedział mu co zrobi? Oddawanie władzy jest bardzo nieprzyjemne dla każdej ekipy. Żaden polityk nie oddaje władzy jeśli nie jest do tego zmuszony. A Kaczyński zrobił wszystko by zmuszonym w przyszłości nie być. Kiepsko to widzę. Nie podzielam optymizmu Skwiecińskiego niestety.

Szpagin

15 marca 2018

Ale macie świadomość, że gdyby okazało się, że PiS majstrował przy wyborach, to z Unią moglibyśmy się pożegnać, bo takiego ataku na jedną z podstawowych wartości, na jakich opiera się Wspólnota, nie zostawionoby bez reakcji.

Jacek Doliński

16 marca 2018

Nie po to PiS obsadziło swoimi ludźmi Trybunał Konstytucyjny, łamiąc przy tym konstytucję, żeby następnie tę konstytucję szanować i uchwalać ustawy z nią zgodne.
Nie po to PiS obsadza swoimi komisarzami wybory, a w przyszłości obsadzi swoimi sędziami nowo utworzoną w Sądzie Najwyższym izbę, która będzie rozpatrywała m.in. protesty wyborcze i orzekała o ważności wyborów, żeby…
Sfałszowanie wyborów na poziomie komisji obwodowych wymagałoby wtajemniczenia zbyt wielkiej liczby osób, żeby mogło przejść niezauważone. Ale po obsadzeniu swoimi ludźmi komisji wyborczych wyższego poziomu i biura wyborczego da się, mówiąc językiem dyplomacji, uniezależnić wyniki głosowania od liczby rzeczywiście oddanych głosów. A przy wyborach samorządowych można doprowadzić do takiego chaosu, który spowoduje ich unieważnienie (co w tej sytuacji będzie zgodne z oczekiwaniami społecznymi). Potem, ponieważ mandat władz samorządowych wygasł – będzie można do czasu powtórzenia wyborów mianować własnych zarządców komisarycznych. A niezwłoczny termin powtórnych wyborów wyznaczyć np. za rok. Albo za 765 dni…
Wiele moim zdaniem będzie zależało od nastrojów społecznych w czasie przed wyborami. Jeżeli damy sobie odebrać wolne wybory tak, jak daliśmy sobie odebrać TK, szkolnictwo, a teraz sądy – to PiS na pewno je nam odbierze. Zawaha się, jeżeli jakiekolwiek manipulacje wyborcze będą groziły wybuchem społecznym na wielką skalę. Ale czy społeczeństwu jeszcze na wolności zależy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *