W Polsce prąd będzie od tej pory już tylko drożał. Wystarczy spojrzeć na dane. (wp.pl)

9 stycznia 2019

Przepis stary jak świat: wykreować problem, by potem „ochronić” przed nim obywateli, zaskarbiając sobie ich dozgonną wdzięczność. I tak w ekspresowym tempie rząd ze wsparciem parlamentu i prezydenta postanowił wydać kolejne 9 miliardów złotych na dofinansowanie polskiej energetyki. PiS z porażki zrobiło sukces, „chroniąc” Polaków przed podwyżkami cen prądu.
Premier Mateusz Morawiecki i minister energii Krzysztof Tchórzewski podczas posiedzenia Sejmu, na którym zajmowano się sprawą podwyżek cen prądu. 28 grudnia 2018 r.

Premier Mateusz Morawiecki i minister energii Krzysztof Tchórzewski podczas posiedzenia Sejmu, na którym zajmowano się sprawą podwyżek cen prądu. 28 grudnia 2018 r. (PAP, Fot: Tomasz Gzell)


Ten dramat, którego spektakularny finał mogliśmy oglądać w końcówce roku, rozpoczął się wiele lat temu. Od lat, niezależnie od opcji politycznej, rządy są niebywale spolegliwe wobec interesów i żądań górników. Według raportu WiseEuropa, w ciągu ostatnich 25 lat z budżetu państwa dopłacono do branży górniczej blisko 230 miliardów złotych, czyli średnio 8,5 miliarda rocznie.

Teraz ta kwota rośnie o kolejne 9 miliardów w rekompensatach dla koncernów energetycznych za brak podwyżek cen prądu. Tymczasem to jedynie działanie doraźne, nierozwiązujące problemu. A problem jest taki, że polska energetyka jest niedoinwestowana, przestarzała, niewydajna, trująca i w takim jak obecnie kształcie nie do utrzymania w przyszłości.

Śmiertelny paradoks przemysłu górniczego

Według szacunków, za parę lat zabraknie w Polsce energii elektrycznej. Gospodarka rośnie, a wraz z nią rośnie zapotrzebowanie na prąd. Stare elektrownie się zużyją, a nowych nie ma za co zbudować. Teraz tym bardziej, gdy konieczne na inwestycje pieniądze przejada się w formie kiełbasy wyborczej.

Polska energetyka jest nie tylko niebywale kosztowna, ale generuje efekty uboczne. Głównie zdrowotne. Tragiczny paradoks polega na tym, że w kopalniach giną ludzie po to, by wydobywany przez nich węgiel mógł w formie smogu zatruwać tych, którzy do jego wydobycia dopłacają. Dopłacają sporo: na przeciętnego Polaka przypada ok 1 tys. złotych kosztów bezpośrednich (gotówka) oraz blisko 10 razy więcej w kosztach pośrednich.

Zobacz: Co dalej z cenami prądu?

Opóźnione koszty energetyki opartej na węglu to duża część z 44 tys. przedwczesnych zgonów spowodowanych fatalną jakością powietrza w Polsce. Pomimo szumnych zapowiedzi poprzedników przez 8 lat ich rządów nie powstała żadna alternatywa dla energii opartej na węglu. Elektrownia atomowa nie ma nawet swojej lokalizacji i najprawdopodobniej nigdy już nie powstanie. Koszty inwestycji są olbrzymie, a wraz z rosnącym rachunkiem bieżącego wsparcia dla węgla maleją szansę na poważną inwestycję w alternatywne źródło energii. Na świecie zachodzi odwrót od energetyki jądrowej. Atom przegrywa w rachunku ekonomicznym z panelami słonecznymi i wiatrem. Po prostu jest zbyt drogi.

Przypomnijmy sobie, co zrobiła Beata Szydło

Jak podaje OKO Press, za kwotę jednorocznych dopłat do energii węglowej można wybudować elektrownię wiatrową o mocy największej polskiej elektrowni na węgiel (4 tys. mW Kozienice). Zamiast inwestycji w zdrową, czystą energię, my te pieniądze przejadamy. Zamiast w nowoczesne rozwiązania rząd PiS planuje inwestycję za 6 miliardów złotych w elektrownię węglową w Ostrołęce. Inwestycja ta jest absurdalna nie tylko z ekologicznego, ale przede wszystkim z ekonomicznego punktu widzenia. Koszt wytworzenia jednej megawatogodziny prądu w elektrowniach węglowych wynosi w tej chwili około 300 zł, podczas gdy średnia cena na giełdzie mocy to 250 zł. Cenę obniża prąd z wiatraków oferowany poniżej 200 zł.

Bezsens inwestycji w kolejną elektrownię węglową pogłębia fakt, że obecne eksploatowane złoża węgla w Polsce wyczerpią się za 15-17 lat (Państwowy Instytut Geologiczny). Całkowite zasoby są znacznie większe, ale ich wydobycie wymaga inwestycji. Inwestycji, których się nie prowadzi, a pieniądze przejada się w formie dopłat do nierentownych kopalń i elektrowni.

Beata Szydło East News

 

Podwyżki cen energii nie spadły politykom na głowę z nieba. Nie jest to siła wyższa lub przypadek, lecz przewidywany efekt polityki energetycznej prowadzonej od lat. Rząd Beaty Szydło pod wzniosłymi hasłami obrony polskiego górnictwa nakazał spółkom energetycznym przejęcie nierentownych kopalni. W urzędniczym slangu operacja ta nazywała się „integracją pionową”. Skutek jest oczywisty – koszty utrzymania kopalni spółki energetyczne dopisały do rachunków za prąd. Nic innego nie mogły przecież zrobić. Problem powrócił ze zdwojoną siłą, bo dotychczas łatwiej było go ukryć w dopłatach bezpośrednich z budżetu niż drażnić ludzi wysokością rachunków. Tym bardziej, że pech chciał, że trup wypłynął w bardzo złym momencie, akurat przed kampanią wyborczą do parlamentu.

Trzeba go jakoś znowu wepchnąć do szafy. I tu rząd Prawa i Sprawiedliwości jak zwykle nie zawiódł. PiS jest partią wyjątkowo nieudolną. Po trzech latach rządów wszystkie resorty rządu są w głębokim kryzysie. Jednak jedno zadanie partia wykonuje perfekcyjnie – jest nim propaganda. Tym razem, wbrew oczywistym faktom, odpowiedzialnością za podwyżki próbuje obarczyć swoich przeciwników: PO i Unię Europejską.

Lech Kaczyński ramię w ramię z Donaldem Tuskiem

W 2017-18 roku Polska, tak jak cała reszta Europy, przyjęła pakiet klimatyczny, zobowiązując się do redukcji gazów cieplarnianych o 20 proc. Pakiet ten przewidywał wprowadzenie opłat za emisję. Twierdzenie, że źródłem podwyżek jest ta umowa, to wielopoziomowe kłamstwo. Po pierwsze, mieliśmy 10 lat na przystosowanie się do jej wymogów. W tej sprawie nie zrobiono prawie nic. Wręcz odwrotnie, rząd prawicy ogłosił, że to na węglu będzie oparta długofalowa polityka rozwoju polskiej energetyki. PiS wprowadził też ustawę wiatrakową, która w Polsce całkowicie zniszczyła najszybciej rozwijający się sektor energetyki.

Po drugie, pakiet energetyczny negocjował Lech Kaczyński, ówczesny Prezydent Rzeczpospolitej, ramię w ramię z Donaldem Tuskiem – ówczesnym premierem. Po trzecie, nie ma odwrotu od energetyki ekologicznej. Prąd z wiatraków stale tanieje, a koszty zdrowotne utrzymania gospodarki węglowej rosną. Energetyka oparta na węglu to nie tylko 8,5 miliarda zł dopłat do węgla puls 9 do prądu, ale przede wszystkim 150 miliardów złotych kosztów zdrowia i życia dziesiątek tysięcy ludzi zatrutych smogiem (zasiłki, renty, opieka medyczna, utracone podatki itp.) – w tym także górników, którzy giną w katastrofach w kopalniach.

Domyślny opis zdjęcia na stronę główną PAP/EPA

A tych katastrof będzie coraz więcej, bo po złoża trzeba sięgać coraz głębiej i ich wydobycie staje się coraz bardziej niebezpieczne. Z jednej strony rząd robi umizgi do górników, z drugiej świadomie i z premedytacją wysyła ich na śmierć. Od jakiegoś czasu wielkie gospodarki Europejskie mogą obyć się bez górnictwa. W upływającym roku właśnie zamknięto ostatnią kopalnię węgla kamiennego w Niemczech. Kopalnie w Wielkiej Brytanii zamknięto kilkadziesiąt lat temu. Tymczasem u nas premier wylewa krokodyle łzy w świetle jupiterów, ale nie robi nic, by w przyszłości ograniczyć liczbę górników, którzy prędzej czy później zginą w wypadkach. I wszystko to w imię pomocy dla braci górniczej i ochrony zwykłego człowieka?

Skąd się borą pieniądze na dopłaty?

Odpowiedź jest banalna i taka jak zawsze – z podatków. Tym razem głównie ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2. W ten sposób środki, które miały być przeznaczone na inwestycje prowadzone po to, by emisję ograniczyć, przejadamy w rachunkach, by emisję za wszelką cenę utrzymać, sztucznie zaniżając ceny prądu z węgla i administracyjnie eliminując konkurencję.

Polityka energetyczna rządu Prawa i Sprawiedliwości to oszustwo. Sprytne, tym bardziej, że odpychając od siebie odpowiedzialność, to Unię Europejską można uczynić winnym i przygotować grunt pod Polexit oraz pozbycie się znienawidzonych przez rządzących ograniczeń własnej władzy.

Skoro Polacy tak Unię kochają, to trzeba ją w ich oczach obrzydzić. Dyskusja o wysokości rachunków za prąd jest po temu doskonałą okazją. Dobry premier Morawiecki chroni Polaków przed podwyżkami, które wymusza zła Unia. Gdy Komisja Europejska uzna, że ustawa o dopłatach jest niezgodna z unijnym prawem, bo stanowi niedozwoloną pomoc publiczną, i zablokuje jej wejście, to będzie najlepszy prezent noworoczny dla PiS. To UE podwyższa ceny prądu w Polsce. Nie kochamy już tej Unii tak bardzo, prawda? Za to premiera Morawieckiego, który walczy z Brukselą jak lew, by rachunki obniżać, kochamy coraz bardziej. I o to chodzi. Szczególnie przed wyborami.

Opozycja wpadła w zastawione sidła

I zagłosowała prawie w całości za wprowadzeniem ustawy o dopłatach. PO uległa kolejnemu szantażowi – albo jesteś za podwyżkami cen prądu, albo głosujesz zgodnie z wolą rządu. Teraz już trudno będzie opozycji krytykować władzę za populizm, za rozdawnictwo w kampanii wyborczej, skoro sama się do tego rozdawnictwa walnie przyczyniła.

Dla porównania: długo debatowany projekt 500+ był tak krytykowany za zbyt wysokie koszty: „Budżet tego nie wytrzyma”. Koszty 500+ wynoszą 24,5 miliarda rocznie. Teraz PO poparła przepchnięcie w parę godzin projektu o wydatkach na prawie połowę tej kwoty. Bez jednego głosu protestu.

Jeśli Platforma Obywatelska będzie tak doskonale przewidywalną opozycją jak do tej pory, tak koniunkturalną i bezideową jak w przypadku tego głosowania, jeśli będzie wierzyć, że wyborcy są tak głupi, że zawsze zagłosują na tego, kto ich przekupi ich własnymi pieniędzmi, jeśli ma zamiar licytować się z populistami na populizm, to przegra. To droga donikąd. Tym bardziej, że stawia PO na przegranej pozycji niezależnie od ostatecznych wyników wyborów.

Mechanizmu cen urzędowych za prąd w Polsce nie da się bowiem utrzymać. Kontrakty terminowe na dostawy prądu zawierane na 2019 r. wyznaczają cenę o 40 proc. wyższą niż w 2018. Zniesienie tych podwyżek kosztuje budżet 9 miliardów. Lecz to nie koniec, wręcz odwrotnie, to dopiero początek. Kontrakty na 2020 r. są droższe o 190 proc., a na rok później o 240 proc.

W przyszłym roku PiS zdobędzie samodzielną większość. Tak mówią liczby

To oznacza, że by utrzymać wysokość rachunków na niezmienionym poziomie, ktokolwiek wygra, będzie musiał w pierwszym roku rządów dopłacić 43 miliardy, a rok później już 54. Tego żaden budżet nie wytrzyma. A problem będzie się pogłębiał. Z braku inwestycji, a tych nie będzie z braku pieniędzy, ceny prądu będą iść w jednym kierunku – w górę. Jeśli PO wygra wybory, to ona dosadnie ten rachunek. Jeśli przegra, nie będzie mogła nawet krytykować rządu.

Sytuacja przypomina paradoks człowieka, który zamiast wymienić nieefektywny piec na nowy, woli palić banknotami w tym starym. Jak to się skończy, nietrudno przewidzieć.

Jakub Bierzyński

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *